Recenzja filmu Obcy kontra Predator (2004)
Paul W.S. Anderson

Dobranocka

Właśnie przed chwilą ruszył proces całej ekipy odpowiedzialnej za wyprodukowanie filmu "Obcy kontra Predator". Znajduję się tuż przed salą rozpraw i postaram się na bieżąco informować Państwa o ...
Filmweb sp. z o.o.
Właśnie przed chwilą ruszył proces całej ekipy odpowiedzialnej za wyprodukowanie filmu "Obcy kontra Predator". Znajduję się tuż przed salą rozpraw i postaram się na bieżąco informować Państwa o najnowszych doniesieniach. Na ławie oskarżonych znajdują się jak już wspomniałem ludzie, którzy w 2004 roku stali się bohaterami największego skandalu filmowego ostatnich lat. Pozew jest zbiorowy, sprawę wnieśli zrozpaczeni fani zarówno Obcego jak i Predatora. Oskarżeni stawili się w komplecie na czele z reżyserem Paulem W.S. Andersonem. Główne zarzuty, stawiane przez prokuratora, to zniesławienie tytułowych postaci oraz świadome oszukanie tysięcy fanów, obu kosmicznych drapieżców, na całym świecie. Rozprawa toczy się za zamkniętymi drzwiami, mimo to akt oskarżenia powinien wyglądać mniej więcej następująco:


Wszystko zaczęło się w 1990 roku. Wówczas Stephen Hopkins pokazał światu "Predatora 2". Hopkins nakręcił świetny sequel, jednak pewna scena dała, jak czas pokazał, opłakany skutek. Mianowicie w końcówce reżyser zaprezentował trofea zebrane przez Predatora podczas jego wcześniejszych łowów. Wśród nich znajdowała się natomiast... czaszka Obcego. Ten fakt spowodował, że zaczęły krążyć plotki o crossoverze mającym połączyć losy obu kosmitów. Lata jednak mijały, a film nie powstawał. Gdy powoli wszyscy przestali traktować poważnie nowe plotki, nastąpił zwrot. Produkcja "AvP" ruszyła. Premierę zapowiedziano na 2004 rok. Gdy już ona nastąpiła, jako fan byłem wręcz zobligowany do zapoznania się z tym jakże wyczekiwanym filmem.


Losy tej produkcji śledziłem, odkąd studio oficjalnie potwierdziło jej realizację. Po każdym większym doniesieniu stopniowo rosły moje niepokoje. Pierwsze pojawiły się po wyborze reżysera. Uważałem bowiem, że Paul W.S. Anderson nijak nadaje się na to stanowisko, przy tym obrazie. Potem doszły kłótnie na linii Anderson - producenci o kategorię wiekową. Ostatecznie zwyciężyli ci drudzy i, o zgrozo, świat obiegła informacja, że "Obcy kontra Predator" dostał PG-13. W tym momencie zacząłem przeczuwać kichę, jednak w miarę dobrze zmontowany zwiastun jakoś utrzymał cień pozytywnego nastawienia. Tak więc trochę zmieszany przystąpiłem do seansu.


Akcja toczy się na Antarktydzie. Zostaje tam wysłana ekspedycja naukowa, by zbadać nieznane źródło ciepła. Na miejscu wyprawa, pod wodzą Lex Kline, odnajduje tajemniczą piramidę. Po przestąpieniu jej progu ludzie trafiają w sam środek wojny między Obcymi a Predatorami. Uświadamiają sobie także, że zostali specjalnie zwabieni przez przedstawicieli tej drugiej rasy. Wszyscy, jeśli tylko chcą przeżyć, muszą podjąć walkę z kosmicznymi drapieżcami...


Aż sam się sobie dziwię z napisania takiego streszczenia fabuły. Jeśli ktoś pomyślał choć przez chwilę, że może liczyć na krwawą jatkę z miarę ciekawą akcją, to od razu wyprowadzam go z błędu. Kategoria PG-13 pozwala oglądać film dwunastolatkom, a ci przecież nie mogą budzić w środku nocy, bo przyśnił im się Obcy lub Predator. Tak więc to "dzieło" jest bezkrwawe, pozbawione wszelkiego klimatu zagrożenia, jaki miały pierwsze produkcje traktujące o obu kosmitach oraz nafaszerowane błędami merytorycznymi. Tych ostatnich jest bez liku. Wszystkie wychwyci tylko osoba, która zna na pamięć poprzednie filmy. Jednak dwa rzucą się w oczy każdemu, kto ma choćby znikome pojęcie o tytułowych antagonistach. Zarówno Obcego jak i Predatora, z wręcz doskonałych maszyn do zabijania, twórcy zrobili przygłupie stworzenia. Obcy podczas pojedynków stoi w miejscu i tylko raz na ruski rok machnie ogonem. Predator nie lepszy - w tym filmie kompletnie nie potrafi walczyć! Odniosłem wrażenie, że pokonałyby go nawet osiemdziesięcioletnia staruszka. Zdruzgotania dopełnił fakt, że jeden z przedstawicieli rasy Yautja najwyraźniej był niekochany na swej planecie i postanowił zaprzyjaźnić się z Ziemianką. Oglądając "nowe oblicze" tych drapieżców, po prostu się załamałem. Po seansie chciałem zapytać pierwszej lepszej osoby: "Przepraszam, a gdzie w tym filmie był Obcy i Predator?". Te stworki, które zobaczyłem, na pewno nimi nie były. Parafrazując kwestię padającą w "Kilerze": "To ma być Obcy i Predator? To jakieś popierdułki, a nie Obcy i Predator". To tyle, jeśli chodzi o tytułowe postaci.


Aktorstwo niestety też kuleje. Główną bohaterkę gra Sanaa Lathan. Niestety jej postać, podobnie zresztą jak pozostałe, jest kompletnie niewiarygodna. Oglądając jej poczynania, nie miałem wrażenia, że rzeczywiście jest śmiertelnie przerażona czy zdesperowana w walce o życie. Jednak nie ma się czemu dziwić, skoro stwory mające stanowić niebezpieczeństwo są  łagodniejsze niż Lessie. Tak więc pozostali członkowie obsady, na czele z Raoulem Bovą, również potraktowali swe obowiązki po macoszemu. Wszyscy uznali bowiem, że łatwo zarobią, więc wysiłek jest zbyteczny. Podejście minimalistyczne w przypadku tak znanego tytułu jest jednak jak najbardziej zrozumiałe. Na wyróżnienie zasłużył jedynie Lance Henriksen. Jako Charles Weyland wypadł najbardziej przekonująco. Może pomogło mu w tym doświadczenie. W końcu grał przecież Bishopa w "Obcym 2" i "Obcym 3".


Muzyka zła nie była. Podczas seansu nie narzekałem. Jednak tak rozpoznawalnych utworów, jak choćby w podkładzie Alana Silvestri do "Predatora" nie uświadczymy. 


Wszystkie te mankamenty w połączeniu z niższą kategorią wiekową spowodowały kompletne zatracenie klimatu osaczenia i strachu, jaki cechował pierwsze obrazy o tych kosmicznych potworach. W "Obcy kontra Predator" wszystko jest nazbyt poukładane i łatwe do przewidzenia. Dodatkowo w momentach, gdy mogłaby nastąpić mocniejsza scena kamera zawsze robi skok w bok, nic nie pokazując. To efekt wspomnianej już kilka razy kategorii  wiekowej. Wszystko to sprawia, że "AvP" nie jest niczym innym jak zwykłą, w dodatku nieciekawą, bajeczką sci-fi. Bajeczką, która spokojnie nadałaby  się na puszczenie w ramach "Dobranocki".


Najgorsze jednak jest to, że "Obcy kontra Predator" może zostać postrzegany jako wyznacznik serii. Ludzie, którzy wcześniej nie mieli przyjemności zaznajomić się ze znamienitymi poprzednikami, pewnie podzielą się na dwa obozy. Pierwsi, którzy uznają "AvP" za szajs (zresztą słusznie) mogą się na trwałe zrazić do pierwowzorów. Założą bowiem, że one także pewnie prezentują taki poziom. Drudzy, którym to coś przypadnie do gustu, mogą z kolei twierdzić, że wcześniejsze obrazy są tandetne, bo nie mają komputerowych efektów specjalnych. Doprawdy nie wiem, który scenariusz jest gorszy. Za możliwość któregokolwiek powinno się zakazać emitowania tego filmu.


Poziom "Obcy kontra Predator" idealnie podsumowuje reklama pewnego piwa. Mianowicie wszystko w tym filmie jest "prawie". Aktorzy prawie dobrze zagrali, występujące stworki to prawie Obcy i Predator, prawie udało się stworzyć klimat panujący w pierwowzorach. Jednak "prawie" robi wielką różnicę. W tym wypadku to stwierdzenie pasuje jak ulał.


Rozprawa przed chwilą się zakończyła. Zgodnie z przewidywaniami zapadł wyrok skazujący. Sąd zaakceptował niezbite dowody i wymierzył najwyższy wymiar kary. Wszyscy oskarżeni muszą w ciągu najbliższego miesiąca obejrzeć "Obcy kontra Predator" dziesięć razy. Anderson zaraz po opuszczeniu sądu powiedział, że wyrok jest nieludzki, gdyż nawet jednorazowy seans jest porównywalny z karą śmierci.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Barcelonismo
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (13)

zobacz wszystkie