Recenzja filmu Simone (2002)
Andrew Niccol

Hollywood ending???

Andrew Niccol bohaterką swojego najnowszego filmu "Simone" uczynił wirtualny i piękny wytwór ludzkiej wyobraźni. Autor scenariusza do "Truman Show" nadal więc zgłębia temat iluzji obecny w filmie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja vhs Simone (2002)
Andrew Niccol bohaterką swojego najnowszego filmu "Simone" uczynił wirtualny i piękny wytwór ludzkiej wyobraźni. Autor scenariusza do "Truman Show" nadal więc zgłębia temat iluzji obecny w filmie Petera Weira, gdzie Jim Carrey funkcjonował w sztucznym świecie wykreowanym na potrzeby emisji telewizyjnej. Tym razem jednak posuwa się o krok dalej.

Viktor Taransky, producent, scenarzysta i reżyser w jednej osobie, jest twórcą niezrozumianym i sfrustrowanym. Jego ostatni film okazał się kompletną klapą i jakby nie dosyć było nieszczęść, kapryśna główna aktorka (w tej roli Winona Ryder), którą zaangażował do swojego nowego filmu z dnia na dzień odchodzi z ekipy. Bez niej film nie ma szans na powodzenie. Załamanego Taranskyego odwiedza dziwaczny osobnik, który uświadamia mu, że sytuacja nie jest bez wyjścia. S1mOne to symulacja komputerowa, którą stworzył, dzięki niej nawet największą gwiazdę może zastąpić wirtualna aktorka. Program komputerowy jest prosty w obsłudze, a filmy z udziałem Simone okazują się kasowymi hitami...

Ze swoją niebiańsko piękną i niewinną twarzą Simone jest ucieleśnieniem wszystkich cnót, jakie powinna posiadać prawdziwa gwiazda. To wytwór współczesny i doskonały, ponieważ jako mieszanka Audrey Hepburn, Grace Kelly i innych wielkich gwiazd ma w sobie piękno ponadczasowe. Ale przede wszystkim to aktorka, o której marzy każdy producent, ponieważ sama dba o swój wygląd, nie korzysta z drogiej limuzyny, nie pobiera gaży i nie miewa kaprysów.

Film jest satyrą na środowisko filmowe - ośmiesza status gwiazd w Hollywood, a przede wszystkim ich dochodzące do granic absurdu zachowania. Okazuje się, że można zerwać kontrakt i pogrzebać w gruzach całe przedsięwzięcie, bo nie ma największej przyczepy, a yakuzi nie znajduje się 80 kroków od garderoby, albo dlatego, że nie lubi się wiśniowych żelków. Gwiazdy rządzą filmem, bo bez nich nie istnieją reżyserowie, scenarzyści i ich plany.
"Kiedyś my tworzyliśmy gwiazdy, teraz one z nas kpią" - mówi z nostalgią Taransky, który jest trochę idealistą w swych poczynaniach, kiedy stwierdza, że chce po prostu zrobić film i nie obchodzi go czy się zwróci.
Simone ośmiesza również rozhisteryzowane media, które w pogoni za newsem, na siłę kreują fałszywych bohaterów, za wszelką cenę przypisując im kontrowersyjność.

Scenariusz filmu jest pomysłowy, ale całość zrealizowana w bardzo powierzchowny sposób. Z takiego tematu można było wykrzesać dużo więcej. Film jest komedią obyczajową z nutką refleksji nad współczesnym kinem, a oprócz tego ma świetna obsadę. Zaangażowano takie gwiazdy jak Al Pacino czy Winona Ryder. Gwiazdorska w każdym calu Winona zagrała właściwie epizod, więc trudno tu czegokolwiek się doszukiwać, ale Pacino też nie pokazał w pełni swoich możliwości. Kino z pewnością zna jego lepsze role.

Wydawać by się mogło, że mieszanka w postaci pomysłowego scenariusza i gwiazdorskiej obsady przyniesie próbkę naprawdę dobrego kina. Co prawda "Simone" zawiera wiele zabawnych scen, kiedy Viktor próbując ukryć przed światem swoją tajemnicę dwoi się i troi robiąc przedziwne rzeczy, nie mniej jednak mimo przebłysków inteligentnego humoru całość dłuży się i na dłuższą metę zawiera powtarzalne sekwencje. Pytania i wątpliwości są ledwie zasygnalizowane, a niektóre ciekawe wątki za mało rozwinięte.
"Simone" jest filmem przeciętnym. Dobry pomysł rozmywa się w trakcie i na koniec pozostajemy z pewnym niedosytem, że z ciekawej fabuły niewiele ciekawego wynika.

Filmowa Simone oznacza śmierć rzeczywistości i narodziny wielkiego rewolucyjnego przełomu w kinematografii. Być może odkrycie dla kina aktorów wirtualnych to nie taka daleka przyszłość, w końcu coraz więcej tworów komputerowych gości przecież na ekranach. Czy byłaby to logiczna przemiana i czy prawdziwe gwiazdy powinny już zacząć się bać? W każdym razie warto zastanowić się w jakim kierunku zmierza kino. A może koniec Hollywood nastąpi szybciej niż myślimy?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).