Recenzja filmu Pod Mocnym Aniołem (2014)
Wojciech Smarzowski

Horror alkoholizmu

U Smarzowskiego sam alkoholizm jest dramatem, horrorem wręcz, który wpędza swoją ofiarę w zaklęty krąg majaków, wydzielin i kompulsywnego seksu. Jak zwykle u Smarzowskiego, oglądamy świat ...
Filmweb sp. z o.o.
Do niedawna niemal wszyscy byli zgodni: Wojciech Smarzowski najlepszym polskim reżyserem jest i basta! Nikt tak jak on nie wywleka na wierzch brudów polskiej mentalności, nikt tak jak on nie zagląda pod powłokę rodzimej rzeczywistości, aby dostrzec ukrytą przemoc i grozę, nikt tak jak on nie pokazuje wreszcie bohaterów, którzy nawet jeśli starają się być dobrzy, kończą umorusani w swojskim błocie. Ostatnio jednak coś się zacięło: w recenzjach "Drogówki" można było odnaleźć ślady znużenia, a przy okazji "Pod Mocnym Aniołem" słychać już często głośne ziewanie.

Główny zarzut polega na tym, że Smarzowski się powtarza. Figury stylistyczne i motywy fabularne, które w poprzednich filmach uderzały widza prosto w splot słoneczny, niosąc pokaźny bagaż znaczeniowy, mocno przyblakły i zamieniły się w manierę. Można teoretycznie odeprzeć podobne ataki starym frazesem "autorzy ciągle kręcą ten sam film", ale trudno czasami wyznaczyć granicę między stylistyczną konsekwencją a zgubnym nawykiem.


Rzeczywiście, oglądając "Pod Mocnym Aniołem", łatwo odnieść wrażenie, że gdzieś to już wszystko widzieliśmy. Film Smarzowskiego to adaptacja w pełnym tego słowa znaczeniu – proza Jerzego Pilcha znajduje swój radykalny wizualny ekwiwalent w autorskim języku reżysera. Jest tutaj zaburzający ciągłość narracji montaż jak ze sceny przesłuchania w "Róży", są kamery przemysłowe obecne wcześniej w "Drogówce", jest też ukochane przez reżysera ujęcie z kranu – kamera wznosząca się nad światem przedstawionym jak w "Domu złym".

Brzmi znajomo? Aż nadto. A jednak jest pewien szkopuł: to znowu działa. Może nie tak idealnie jak wcześniej, może w tryby narracyjnej machiny dostało się trochę więcej piasku, ale nie zmienia to faktu, że dobrze znane chwyty Smarzowskiego wyciągają z historii pisarza-alkoholika (Robert Więckiewicz) jej niewygodne sedno: fizjologiczną realność choroby. Smarzowski porusza się tutaj na granicy realizmu i surrealizmu, wypełniając większość filmu delirycznymi sekwencjami, o których nigdy do końca nie wiemy, czy dzieją się naprawdę, czy też stanowią wytwór zatrutego umysłu bohatera.

Czytając opinie na temat filmu, można się spotkać z zarzutem, że relacja miłosna pisarza z kobietą graną przez Julię Kijowską jest płytka i dużo mniej wiarygodna niż związek Nicolasa Cage’a i Elisabeth Shue w "Zostawić Las Vegas". Film Mike’a Figgisa był jednak w istocie egzystencjalnym dramatem, w którym alkoholizm stanowił bezpośrednią konsekwencję życiowych dramatów bohatera. U Smarzowskiego zaś sam alkoholizm jest dramatem, horrorem wręcz, który wpędza swoją ofiarę w zaklęty krąg majaków, wydzielin i kompulsywnego seksu. Jak zwykle u Smarzowskiego, oglądamy świat ufundowany na przemocy, ale tym razem jest to raczej toksyczny samogwałt.


Nie sposób nazwać "Pod Mocnym Aniołem" najwybitniejszym filmem Smarzowskiego. Chwilami może się wydawać, że reżyser przesadnie zawierzył dialogom Pilcha, które nie zawsze wypadają przekonująco na ekranie. W kontekście świetnie wykreowanej delirycznej atmosfery zupełnie niepotrzebna i tania jest postać Adama Woronowicza – kiczowaty symbol upadku bohatera żywcem wyjęty z kina Kieślowskiego. Być może "Pod Mocnym Aniołem" nie zostanie w pamięci tak długo, jak dużo bardziej przełomowa, znacznie ciekawsza "Róża". Ale jako filmowe delirium upodlenia sprawdza się całkiem nieźle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (271 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie