Recenzja filmu Powrót do Garden State (2004)
Zach Braff

Jak zaliczyć kurs dojrzewania

Ten świetny, kameralny film to zasługa jednego człowieka. Dwudziestokilkuletni Zach Braff znany telewidzom amerykańskim głównie jako aktor serialowy sam napisał scenariusz swego filmu, ...
Filmweb sp. z o.o.
Ten świetny, kameralny film to zasługa jednego człowieka. Dwudziestokilkuletni Zach Braff znany telewidzom amerykańskim głównie jako aktor serialowy sam napisał scenariusz swego filmu, wyreżyserował go i siebie obsadził w głównej roli.

"Powrót do Garden State" to historia młodego człowieka, który przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb matki. Powrót nie jest łatwy. Andrew Largeman, początkujący aktor, dorabiający jako kelner, od dzieciństwa faszerowany przez ojca - psychiatrę środkami antydepresyjnymi, będzie musiał zmierzyć się z demonami przeszłości i przewartościować swoje życie. Zwłaszcza że jego kariera (ma na koncie jeden film, gdzie zagrał niedorozwiniętego) nie zapowiada się zbyt obiecująco.

Braffowi udało się stworzyć wspaniale wiarygodnego bohatera, z którym łatwo może identyfikować się młode pokolenie. Tu w znacznej mierze tkwi tajemnica popularności filmu, który za oceanem cieszył się dużym powodzeniem. Porównywano go z "Absolwentem", a i sam Braff świadomie nawiązuje do filmu Mike'a Nicholsa, wykorzystując piosenkę Simona & Garfunkela, a także pewne podobieństwa w konstruowaniu postaci głównego bohatera.
Niezdolny do działania czy spektakularnego buntu Largeman nie potrafi dokonywać właściwych wyborów. Stale towarzyszy mu poczucie wyobcowania, nękają go wyrzuty sumienia związane z wypadkiem matki, do którego przyczynił się wiele lat temu. W wyrwaniu się z tego stanu pomogą mu przyjaciele z dzieciństwa, choć najbardziej zbawienny wpływ na jego stan emocjonalny będzie miała znajomość z nietuzinkową i nieobliczalną Sam (Natalie Portman).

Komediowa opowieść Braffa dotyka istotnych, trudnych spraw. Można oglądać "Powrót do Garden State" i po porostu się śmiać, przełykając oczywiste prawdy, którymi nafaszerowany jest film, można też odczytać go jako historię o samotności, zagubieniu i poczuciu bezpieczeństwa, jakie potrafi dać drugi człowiek.

W warstwie fabularnej obraz nie jest przesadnie odkrywczy, ale sposób ukazania całej historii szczególny. Obyczajowe obserwacje, skądinąd bardzo trafne, które funduje nam reżyser, balansują miejscami na granicy prawdy i nierealności, albo nawet surrealizmu. Mamy tu dziewczynę pracującą w kasku chroniącym ją na wypadek ataku epilepsji, opatentowanie bezgłośnych rzepów, za które można kupić pałac i dziwny kanion odkrywany przez bohaterów podczas wędrówki. Sporo w tym realizmu, jest jakaś szczypta magii i specyficznie sennej atmosfery prowincji.

Ta znajoma, oswojona rzeczywistość Garden State podziała kojąco na Largemana i jego nadwyrężony układ nerwowy. Dojrzewając wewnętrznie, zrozumie, że od siebie samego nie da się uciec i może wcale nie warto tego robić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (133 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie