Recenzja filmu Jak we śnie (2006)
Michel Gondry

Kołysanka dla marzycieli

Sen zajmuje w dziejach kina poczesne miejsce. Jedną z najczęściej przytaczanych anegdot o Alfredzie Hitchcocku jest ta, którą reżyser opowiedział podczas jednej ze słynnych rozmów z Francois ...
Filmweb sp. z o.o.
Sen zajmuje w dziejach kina poczesne miejsce. Jedną z najczęściej przytaczanych anegdot o Alfredzie Hitchcocku jest ta, którą reżyser opowiedział podczas jednej ze słynnych rozmów z Francois Truffautem. Pewnego razu twórca "Ptaków" obudził się w środku nocy i czym prędzej zapisał treść swojego snu w przekonaniu, że uchroni tym samym od zapomnienia znakomity materiał na film. Kiedy obudził się rano, na kartce znajdowały się lakoniczne zdania tej mniej więcej treści: "Chłopak poznaje dziewczynę. Chłopak zakochuje się w dziewczynie. Chłopak traci dziewczynę".

Niewykluczone, że Michel Gondry zdobył pomysł na swoje dzieło w bardzo podobny sposób. Wyreżyserowane przezeń według własnego scenariusza "Jak we śnie" można by zapewne streścić za pomocą kilku zdań niemalże identycznych jak te, które z takim rozczarowaniem odczytał rano Hitchcock. Gondry postanowił jednak opowiedzieć tę niezwykle prostą historię kierując się logiką snu. Podążył za luźnymi skojarzeniami, przeniósł na ekran wszystkie gromadzone na jawie emocje, które dopiero w onirycznym świecie zostają przyobleczone w fantasmagoryczne kształty, zarazem fascynujące i budzące lęk.

Stephane (Gael Garcia Bernal), artysta-plastyk, przybywa do Paryża, aby podjąć załatwioną mu przez matkę pracę. Niestety, posada w wydawnictwie nie daje mu zbyt wielu okazji do zaspokojenia twórczych ambicji. W marzeniach sennych, w które z upodobaniem zagłębia się od dzieciństwa, przekształca biurowy światek rodem z Kafki zgodnie z dyktatem własnej wyobraźni. Kiedy poznaje swoją uroczą sąsiadkę Stephanie (Charlotte Gainsbourg), ma szczerą nadzieję, że dziewczyna zatopi się z nim w świecie pełnym fantazji.

Spod tej najbardziej oczywistej fabularnej warstwy oraz całych pokładów sennych marzeń wyłania się wątek budzący o wiele większy lęk niż którykolwiek z wyśnionych przez Stephana celofanowych stworów. Chłopak przyjeżdża do Paryża z Meksyku, gdzie mieszkał z niedawno zmarłym ojcem. Rodzice od dłuższego czasu byli rozwiedzeni. Jak mówi matka, młody artysta od dziecka miał kłopot z odróżnieniem rzeczywistości od snu. Może więc nieporadny, zahamowany Stephane jest nie tyle uroczym marzycielem, ile zrozpaczonym człowiekiem uciekającym przed rzeczywistością i podświadomie obwiniającym matkę o śmierć byłego męża?

Reżyser oraz para odtwórców ról pierwszoplanowych znakomicie wygrywają tę dwuznaczność. Związek Stephana i Stephanie, choć pełen momentów autentycznej radości, stoi nieustannie pod znakiem zapytania. Emocjonalne rozchwianie, rozmowy przybierające nieoczekiwany obrót - wszystko to wskazuje, że jakiś zasadniczy brak porozumienia utrudnia relacje między dwojgiem ludzi, których pcha sobie w ramiona nawet zbieżność imion.

Gdyby Luis Bunuel kiedykolwiek zdecydował się nakręcić komedię romantyczną, przypominałaby ona zapewne "Jak we śnie". Codzienne obsesje i powracające echa pozornie błahych wydarzeń mieszają się z ciepłym humorem w tej osobliwej kołysance. Nucona cicho pod nosem, utuli do snu wszystkich marzycieli. Film Gondry'ego nie powstał przy taśmie w Fabryce Snów. Każdy składnik został starannie dobrany. Zamiast posługiwać się metodami przemysłowymi reżyser stawia na chałupnictwo. Zapewne dlatego jego dzieło śni się - słowo "ogląda" nie do końca tu pasuje - z szeroko otwartymi oczami. Nie sposób oderwać ich od ekranu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (66 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)