Recenzja filmu 2012 (2009)
Roland Emmerich

Koniec świata czy koniec Emmericha?

Roland Emmerich przyzwyczaił mnie, odkąd zobaczyłem w kinie "Dzień Niepodległości", do świetnego kina rozrywkowego. Takiego w sam raz na relaks po ciężkim dniu. Moje zdanie w tej sprawie nie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa 2012 (2009)
Roland Emmerich przyzwyczaił mnie, odkąd zobaczyłem w kinie "Dzień Niepodległości", do świetnego kina rozrywkowego. Takiego w sam raz na relaks po ciężkim dniu. Moje zdanie w tej sprawie nie zmieniało się przez lata, aż do czasu, gdy miałem styczność z "10 000 B.C.", jednak zwaliłem to na zwykłą wpadkę, która każdemu się zdarza. Idąc na jego kolejne dzieło, byłem pewien, że dostanę świetny film katastroficzny, napompowany efektami, ze strawną dawką patosu i wartką akcją. Zamiast tego dostałem komedię absurdu, gdyż głupota w "2012" bije na głowę wszelkie dotychczasowe wizje kina science fiction.

Fabuła, jak to w filmach bywa, jest lekka i nieskomplikowana. Ot, zbliża się rok 2012. Rząd amerykański wraz z rządami innych mocarstw tego świata od prawie trzech lat przygotowują się na odkryty wcześniej kataklizm. Budują gigantyczne okręty-arki, które mają uratować wybrańców losu dysponujących odpowiednio zasobną sakiewką. Jednak, jak się okazuje, prognozy nadejścia końca świata były błędne i globalny kataklizm nadchodzi szybciej, zaskakując wszystkich. Pewien pisarz, Jackson Curtis (J. Cusack) dowiaduje się o planach rządu i wbrew przeciwnościom losu stara się wraz z rodziną dostać na arkę.

W ten oto sposób rozpoczynają się praktycznie dwie i pół godziny pełne patosu oraz absurdów. Nie liczyłem na kino wiernie oddające prawa fizyki, jednak nawet w "Pojutrze" czy "Armageddonie" nie kaleczono ich tak straszliwie jak tutaj. Od samego początku filmu zwala się winę na wyładowania plazmy na Słońcu, jednak do samego końca satelity oraz telefonia komórkowa działają bez zarzutu. Ba, telewizja tak samo, mimo że radio w końcu pada. Nie ma to jak siła ekranu. Choć to tylko kropla w morzu porażek, gdyż tego typu głupotami nowy obraz Emmericha jest wręcz przesiąknięty. Gdybym wymienił je wszystkie, to w sumie opisałbym cały film. Jeśli zaś chodzi o efekty specjalne, które ten absurd obrazują, to jakichś rewelacji tu nie ma. Co prawda, jest kilka bardzo dopieszczonych scen, jednak większość wygląda jak z taniej gry PC, gdzie grafik z powodu lenistwa najpierw wrzucił wszystko do miksera, a potem podał na srebrnej tacy. Większość scen katastroficznych naprawdę wywołała na sali gromki śmiech. Dodajmy do tego wręcz prostackie nakładki tła, które wyglądały jak ze ściennego rzutnika. Gdy patrzyłem na aktorów na sztucznym tle, które można było perfekcyjnie od nich oddzielić, aż mnie skręcało. Dawno już nie widziałem filmu z takimi wpadkami graficznymi, w dodatku w tak gigantycznej liczbie.

Co do gry aktorskiej, również nie ma tu szaleństwa. W sumie to jedynie John Cusack starał się wczuwać w graną przez siebie postać. Choć nie zawsze mu to wychodziło. Reszta aktorów była jak z drewna lub przejawiała objawy ewidentnego ADHD. Jednak nie ma się co dziwić, gdyż scenariusz nie za bardzo pozwalał im się rozwinąć. No, chyba że w kwestiach wychwalania USA czy łzawych wyznań. Nigdy bym nie posądzał Emmericha o taką dawkę patosu w jego filmie. Dobijało mnie, jak za każdym razem postacie na ekranie łzawie się przepraszały, kochały i wybaczały dawne winy, ku chwale lepszego jutra. W efekcie z dwóch i pół godziny niemal połowa, to wyniosłe dialogi czy przemowy do narodu świata, czyli Amerykanów. Na dokładkę twórcy doprawili owo dziwadło naprawdę słabą muzyką, której nie dość, że jest w całym obrazie mało, to jeszcze brzmi jak tarcie smyczkiem po pile. Miejscami wolałem słuchać mlaskania ludzi, pochłaniających popcorn, niż dźwięków, jakie serwował nam film.

Podsumowując, "2012" to utopiony potencjał i pieniądze. Zamiast naprawdę ciekawego, choć nieco wtórnego kina rozrywkowego dostaliśmy komedię smutnego absurdu, napompowaną patosem. Wszystko to w ramach globalnego kataklizmu, od którego jak zwykle ratują nas Amerykanie. Nowe dzieło Emmericha ewidentnie trafia w amerykańską młodzież, jednak wątpię, aby wybiło się poza tą publikę. Jeśli cenicie swój czas i dobry smak, to lepiej pójść na spacer lub sięgnąć po starsze, sprawdzone już tytuły.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
artur_t
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)