Recenzja filmu Machuca (2004)
Andrés Wood

Koniec dzieciństwa

Kino, jak mawiał towarzysz Ilicz, to najważniejsza ze sztuk. Zdaje się, że dzisiejsi filmowcy wskrzesili starą maksymę ojca narodów, o czym świadczy liczba filmów o tematyce, ba - posłaniu ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Machuca (2004)
Kino, jak mawiał towarzysz Ilicz, to najważniejsza ze sztuk. Zdaje się, że dzisiejsi filmowcy wskrzesili starą maksymę ojca narodów, o czym świadczy liczba filmów o tematyce, ba - posłaniu społecznym, bądź politycznym. Nieźle wróży to kinu, dorastającemu niemal do niegdysiejszej rangi literatury, zdolnej zmieniać światopoglądy, ale i stawia nie lada wyzwania przed reżyserami. Bo osiągnięcie takiego kunsztu artystycznego i jednocześnie takiej prawdy jak w "Wiernym ogrodniku" wymaga akrobatycznej zdolności nie przekraczania cienkiej granicy, za którą zaczyna się propagandowa agitka.

Tak postawiony problem domaga się odpowiedzi czy "Machuca", pokazujący schyłek rządów Allende w Chile, sięga pułapu wyznaczonego przez mistrzowski film Meirellesa. Otóż i tak i nie. Z jednej strony, mogłoby się zdawać, że pokazując polityczne wydarzenia oczami dzieci, łatwo popaść w ckliwość lub emocjonalny szantaż. Z drugiej, że takie spojrzenie chroni przed jednowymiarowością lub zaostrza obraz. Nic z tych rzeczy.

Posłużenie się dziecięcą perspektywą jest bowiem kluczem do filmu, który opowiada bardziej o dojrzewaniu, pozbywaniu się niewinności i prostoty, o komplikowaniu świata wraz z dorastaniem, do czego krwawa polityka stanowi - ważne - ale tło. Prezentującemu na wpół autobiograficzną historię Andrésowi Wood udało się w ten sposób nie tylko sprytnie uniknąć szufladki kina stricte politycznego, ale też zgrabnie wykorzystać formułę filmu z dziecięcym narratorem, żeby jednak powiedzieć rzeczy ważne o latach 70. w Ameryce Łacińskiej.

Przyjaźń dwójki chłopców ze skrajnie różnych środowisk - zamożnego Gonzalo i mieszkającego w slumsach Pedro Machuca, jako efekt reformy edukacji przeprowadzonej za krótkich rządów socjalistów, przyzwalającej na kształcenie biednych dzieci w elitarnych szkołach, pokazuje dramat historii w prywatnej i szczerej perspektywie. Metodą okazało się zbudowanie prostej i nośnej analogii między końcem naiwności, a kresem marzeń społecznych. Inicjacja i zdobywanie świadomości znaczone są brutalnymi wydarzeniami wspieranej przez USA wojskowej rewolucji Pinocheta.

Wielogłosowość racji, rozłożona perfekcyjnie i dyskretnie w krwistych postaciach dyrektora szkoły, rodziców, dzieci, raz tylko dochodzi do głosu w postaci otwartej dyskusji, kiedy w szkole spotykają się rodzice i uczniowie, żeby rozwiązać narastający konflikt przebiegający oczywiście po linii bogactwo-bieda. Niby teatralnie, a jednak świetnie rozegrana scena polifonicznej debaty, przeradzającej się w ostrą awanturę, pokazuje ostro głupotę, uprzedzenia i mentalny bezwład ubranych w eleganckie garsonki i szpileczki paniuś oraz ich zamożnych i szacownych panów małżonków, powtarzających zalatujące faszystowską frazeologią frazesy o "naturalnej" selekcji należących do kasty bogaczy i tych, którzy mieli w życiu, także przez pochodzenie, mniej szczęścia. Takie zdialogizowanie i udosłownienie zawartych w obrazie głosów grozi na ogół osunięciem się w grząskie rejony uproszczeń. Tu jednak świetnie wygrany został żywioł zaangażowania i czysty żywioł kina zarazem.

Andres Wood równie subtelnie co fabułę, poprowadził swoich bohaterów; skontrastowanych ze światem dorosłych Pedro, Gonzalo i ich przyjaciółkę Silvanę, młodzi aktorzy odtwarzają w taki sposób, że nie czuje się gry. Mistrzostwo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).