Recenzja filmu Życie za życie (2003)
Alan Parker

Kto zabił panią H.?

Alan Parker to twórca znany z politycznego i społecznego zaangażowania, często opierający swoje filmy na autentycznych i wywołujących poruszenie opinii publicznej wydarzeniach. Tym razem ...
Filmweb sp. z o.o.
Alan Parker to twórca znany z politycznego i społecznego zaangażowania, często opierający swoje filmy na autentycznych i wywołujących poruszenie opinii publicznej wydarzeniach. Tym razem zrealizował fikcyjną opowieść, dotykająca jednak bardzo poważnego i ciągle istotnego w wielu krajach problemu - kary śmierci.

"Życie za życie" to historia opowiadana poprzez retrospekcje. Głównego bohatera, Davida Gale'a, poznajemy na 72 godziny przed egzekucją, kiedy w formie wywiadu relacjonuje swoje losy reporterce, Bitsey Bloom. Z tych wspomnień dowiadujemy się, że Gale był szanowanym profesorem filozofii na uniwersytecie w Teksasie i zagorzałym aktywistą ruchu na rzecz zniesienia kary śmierci, w którym działał wraz ze swoją koleżanką, Constance Harraway. Poznajemy także negatywne strony jego przeszłości, takie jak skłonność do alkoholu czy nieszczęśliwe małżeństwo. Jesteśmy również świadkami tego, jak pewnego dnia jego stosunkowo poukładane życie zaczyna się walić, by ostatecznie zakończyć się wyrokiem kary śmierci za gwałt i zamordowanie Constance.

W USA film spotkał się z ostrą krytyką. Trudno się jednak dziwić, to nie pierwsze dzieło Parkera, które oburzyło tamtejszą opinię publiczną. Jak tu bowiem tolerować Brytyjczyka, który wymądrza się na temat politycznych i społecznych aspektów życia w Ameryce? Jak przejść do porządku dziennego nad filmem, który usiłuje narzucić przekonanie, że kara śmierci jest złem w kraju, gdzie w wielu jego stanach dokonuje się kilkudziesięciu egzekucji rocznie, w kraju, który szczególnie po wydarzeniach z 11 września otwarcie głosi postulat karania śmiercią wszelkich przeciwników narodu? Film musiał się nie podobać. Ale nawet gdy daleko nam do amerykańskiego sposobu myślenia i gdy nasze przekonania podobne są do filmowych postulatów, nie sposób nie zauważyć, że to obraz nie pozbawiony wad i bynajmniej nie zasługujący na to, by dopisać go do największych osiągnięć Parkera.

Twórcy usiłują manewrować pomiędzy polityczną tyradą, klasycznym więziennym dramatem a thrillerem, w którym głównym wyznacznikiem akcji jest upływający nieuchronnie czas. I w zasadzie wychodzi z tego bardzo składna mieszanka. Znajdziemy tu optymalną dawkę zwrotów akcji i dość intrygujących postaci, akurat wystarczającą na 2-godzinną projekcję.

Problem zaczyna się, gdy weźmiemy pod uwagę polityczne przesłanie filmu. Choć na początku wydaje się, że thrillerowa otoczka służy jedynie jako tło bardzo poważnej dyskusji o karze śmierci, szybko okazuje się, że wcale nie o to chodzi, a użyte argumenty są raczej trywialne i łatwo mogą zostać odparte. Co więcej, twórcy ustawicznie manipulując, zadając zagadki i kombinując z przewrotnym zakończeniem, sami zastawiają na siebie pułapkę. Paradoksalnie koniec końców zwolennicy egzekucji mogą się tylko utwierdzić w swoich przekonaniach. Obrońcy ludzkiego bytu jawią się tu bowiem jako niepoukładani życiowo, zatwardziali fanatycy, których należałoby się raczej bać niż słuchać.

Poza tym Parker jak zwykle przesadza z patosem. Za każdym razem, gdy napięcie sięga zenitu, gdy ważą się losy bohaterów, muzyka w tle nabiera łzawego charakteru. Fakt ten przybiera na sile szczególnie w czwartym, ostatnim dniu przedstawionych wydarzeń, zamiast wzruszenia, budząc w widzu zniechęcenie i niesmak. Reżyser z niezrozumiałych względów wprowadza tu jeszcze inną bardzo denerwującą stylistyczną figurę - każdą tematyczną sekwencję ilustrują migające w tempie teledysku i stylizowane na "Siedem" napisy wyrażające towarzyszące wydarzeniom emocje bohaterów. Doprawdy nie wiem czemu miało służyć to udziwnienie.

Wiele osób, w tym i ja, spodziewało się, że głównym atutem filmu, poza dość intrygującą fabułą, będzie popis możliwości utalentowanych i znanych aktorów. Oczywiście największą gwiazdą jest tu Kevin Spacey. I rzeczywiście, artysta, szczególnie podczas scen wywiadu, roztacza wokół siebie aurę tajemniczości, sugeruje drugie, mroczne "ja" tkwiące w jego postaci. Ale znamy to już ze wszystkich jego poprzednich ról. Uwielbiam Spaceya, ale odnoszę wrażenie, że ciągłe jest taki sam i nie mogę się doczekać kiedy mnie czymś zaskoczy. Partnerująca mu Kate Winslet przez większą część filmu pogrywa manierą dziewczynki z ustawicznie szeroko otwartymi oczami, która pod koniec nie pokazuje nic innego poza płaczem i grymasem rozpaczy. Zdecydowanie najprzyjemniej ogląda się Laurę Linney w roli Constance, a sceny z jej udziałem są największym atutem filmu (bynajmniej nie mam tu na myśli jej wystepu zobrazowanego na okropnej kasecie wideo, którą z niezrozumiałych zresztą względów każe nam się oglądać na okrągło).

Cóż, "Życie za życie" nie jest filmem, który mogłabym bez wahania polecić. Mogę tylko zapewnić, że jeśli przejawicie ochotę, by go obejrzeć, nie pożałujecie spędzonych z nim godzin. W natłoku bardzo przeciętnej produkcji napływającej do naszych kin wydaje się to chyba wystarczającą rekomendacją.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 34% uznało tę recenzję za pomocną (149 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)