Recenzja filmu Przerwana lekcja muzyki (1999)
James Mangold

Lot nad gniazdkiem sikorek

To nie jest dramat, Że jakaś Dziewczyna postanowiła na pewien czas uciec przed życiem do Luksusowego Sanatorium Szpital psychiatryczny jest - obok więzienia - najbardziej atrakcyjnym dla kina ...
Filmweb sp. z o.o.
To nie jest dramat, Że jakaś Dziewczyna postanowiła na pewien czas uciec przed życiem do Luksusowego Sanatorium


Szpital psychiatryczny jest - obok więzienia - najbardziej atrakcyjnym dla kina "domem udręki", jak nazywa to miejsce Michał Bułhakow w "Mistrzu i Małgorzacie". Jako temat ma nad więzieniem tę przewagę, że może stanowić świetny materiał do budowania metafor spraw niebłahych ("Lot nad kukułczym gniazdem" Formana był w istocie metaforą totalitaryzmu), pozwala dotknąć tajemnicy ludzkiej duszy. ("Persona" Bergmana), otwiera szczelinę, przez którą prześwitują sprawy bardzo niebezpieczne. Przywołany tu nie bez powodu Bułhakow mówi głosem Mistrza w rozmowie z poetą Iwanem Bezdomnym: "Siedzi pan, jak sam o tym dobrze wie, w szpitalu psychiatrycznym, a ciągle jeszcze pan się upiera, że szatan nie istnieje. To doprawdy dziwne!

W "Przerwanej lekcji muzyki" nie ma "domu udręki", z którym miałby coś wspólnego szatan, jest natomiast "hotel klasy lux", jak określa tę prywatną klinikę znająca życie czarna pielęgniarka (gra ją Whoopi Goldberg). Ona też, ktoś po ludzku rozumny, powie głównej bohaterce: - Nie jesteś chora, jesteś tylko leniwą, rozpieszczoną dziewczyną". A ponieważ ma rację we wszystkim, ma ją zapewne również w tym przypadku.

"I po cośmy go tu przytaszczyli? Normalny, całkowicie normalny, tylko morda podrapana"; to znów Bułhakow, o poecie Bezdomnym, którego "zapuszkowali" w psychiatryku za niewinność. Przepraszam za tę "podrapaną mordę", z Winoną Ryder, która w "Przerwanej lekcji muzyki" gra główną postać podobne określenie nie może mieć oczywiście nic wspólnego. Rzecz w tym, że bohaterka filmu też jest normalna i doskonale o tym wie. Tylko że ona pozwoliła się zamknąć dobrowolnie.

Brakuje więc w "Przerwanej lekcji muzyki" przede wszystkim autentycznego dramatu. Bo to nie jest dramat, że jakaś dziewczyna postanowiła na pewien czas uciec przed życiem do luksusowego sanatorium, przeżywa bowiem trudności okresu dojrzewania, przespała się nie wiadomo po co z nauczycielem, połknęła fiolkę aspiryny (tak, aspiryny) i popiła wódką oraz nie chce jej się studiować. Wybierając sanatorium, intuicyjnie wiedziała, co robi; prawdziwe dramaty czekały na nią raczej w normalnych warunkach.

Ale nie ona jedna znalazła się tutaj; może inne rwą się na wolność? Jakoś nie, żadna z panienek nie robi wrażenia unieszczęśliwionej faktem, że tu przebywa (jedyna, która stale ucieka, robi to z innych powodów). Może oskarża się w ten sposób rzeczywistość zza murów? Odpryski zdarzeń oglądane w telewizji (to lata 60.) sugerują dramatyzm czasów, ale przecież każdy czas ma swój dramatyzm. Może trzeba się więc zadumać na tym, że normalność (względna, jak w przypadku każdego) zamkniętych tu dziewczyn oskarża nienormalność społeczeństwa, które je izolowało? Zachwycić odkryciem, że nie wiadomo, co jest normą, a co nie jest, gdzie przebiega granica? Ależ to są banały, oczywistości, o których każdy wie. Uwierzyć, że dwa lata, spędzone w tym sanatorium były dla Susanny szkołą życia? Przecież nie ulega wątpliwości, że dwa lata w normalnych warunkach byłyby szkołą lepszą.

Pozostaje więc konflikt (bo oczywiście jakiś jest), czyli połączone z wzajemną fascynacją zderzenie dwóch osobowości: zamkniętej w sobie, powściągliwej Susanny i żywiołowej, dominującej Lisy (Angelina Jolie, Złoty Glob i Oscar za drugoplanową rolę żeńską). Tylko że taki duet też jest stary jak świat. Prababki dzisiejszych dziewczyn zaczytywały się powieściami niejakiej pani Czarskiej, których akcja rozgrywała się w Instytucie dla dobrze urodzonych panien w Petersburgu, a główną postacią była jakaś Susanna (chociaż o innym imieniu), która przeżywała podobną przygodę z jakąś Lisą (zdaje się, że "Lisa" zawsze miała zielone oczy).

Współczesny odpowiednik tamtej "zuchwałej i dumnej" panny wygląda tak: dziewczyna z czymś w rodzaju nadczynności tarczycy narzucająca swoją osobę wszystkim wokół. Bywają też tacy chłopcy: każde działanie obliczone na efekt, nieustanne pajacowanie, żeby zaistnieć. Dzisiaj się młodych ludzi o takiej osobowości nie zamyka, raczej mówi z podziwem: "walnięty". Ale do czasu; bo kiedy już tacy uwierzą, że zaistnieli, dochodzą zaraz do wniosku, że istnieją tylko oni - i wtedy stają się niebezpieczni. Diagnoza tamtych psychiatrów: "amoralna socjopatka" była jednak prawidłowa.

Angelina Jolie wie, jak taką postać zagrać. Ot i tyle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (528 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)