Recenzja filmu Happy Feet: Tupot małych stóp (2006)
Joanna Wizmur
Paweł Galia

Moulin Rouge na lodzie

Opowieść o śpiewających i tańczących pingwinach podczas pierwszego weekendu wyświetlania obejrzało w USA więcej widzów niż najnowszą część przygód Jamesa Bonda. Wydaje się, że ten sukces to ...
Filmweb sp. z o.o.
Opowieść o śpiewających i tańczących pingwinach podczas pierwszego weekendu wyświetlania obejrzało w USA więcej widzów niż najnowszą część przygód Jamesa Bonda. Wydaje się, że ten sukces to pokłosie triumfu, jaki za oceanem odniósł dokument "Marsz pingwinów" bowiem mocno promowane "Happy Feet" są produkcją miejscami nudnawą, a ogólnie - jak na film adresowany do dzieci - dziwaczną.

Bohaterem filmu jest pingwin o imieniu Mambo, którego od pozostałych nielotów odróżnia fakt, że nie potrafi śpiewać, ale za to wspaniale stepuje. Niestety, jego umiejętności nie znajdują uznania w oczach starszyzny. Przekonani, że odmienność mogła wywołać gniew bogów, skazują Mambo na wygnanie...

"Happy Feet: Tupot małych stóp" jest dziełem australijskiego filmowca George'a Millera, który na swoim koncie ma między innymi cykl "Mad Max" oraz przebojowe "Babe - świnka w mieście". Miller słynie z tego, że w swojej twórczości zawsze idzie pod prąd, a jego najnowsze dzieło tylko to potwierdza.

Najbliżej "Happy Feet" do głośnego "Moulin Rouge!". Historia Mambo przedstawiona została przez Millera w formie musicalu, w którym - podobnie jak u Luhrmanna - usłyszymy nowe wykonania muzycznych standardów w niekiedy absolutnie zaskakujących wersjach, jak na przykład "My Way" Sinatry w języku... hiszpańskim. Śpiewające i tańczące pingwiny mają w sobie dużo uroku, który jednak nie zawsze współgra ze scenariuszem poruszającym zbyt poważne - jak na młodego widza - tematy.

"Happy Feet" to przede wszystkim opowieść o odmienności, o trudnym losie indywidualisty zmuszonego do walki o uznanie w stadzie. Film niesie ze sobą również ekologiczne ostrzeżenie przed nadmiernym odłowem ryb w okolicach Antarktydy, zanieczyszczeniem środowiska oraz pokazuje tragiczny los zwierząt zamkniętych w ZOO. To jednak nie wszystko. "Happy Feet" to także rozprawa na temat odwiecznego konfliktu pomiędzy rozumem a... religią.

Muszę przyznać, że nie tyle liczba, co waga problemów poruszanych przez Millera mocno mnie zaskoczyła. Jeśli dodamy do tego pikantne wypowiedzi starego pingwina o wymownym imieniu Lowelas dotyczące prokreacji, to można już poważnie zacząć zastanawiać się, czy "Happy Feet" rzeczywiście adresowany jest do małych dzieci.

Sądząc jednak po reakcji młodej części widowni obecnej na pokazie prasowym, maluchom tego rodzaju problemy zupełnie nie przeszkadzały. Siedząca przede mną dziewczynka najpierw radośnie podskakiwała, a później już tańczyła razem z pingwinami. Wniosek z tego prosty. Dzieci z "Happy Feet" wyjdą zapewne uradowane, gorzej z ich dorosłymi opiekunami, tych bowiem dziełko Millera może przyprawić o ból głowy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 52% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o