Recenzja filmu Miliard szczęśliwych ludzi (2011)
Maciej Bochniak

Postprawda po polsku

Raz, że "Miliard" to doskonały film na towarzyski seans spod znaku śledzik & wódeczka; dwa, że cała ta historia przypomina pijacki sen o potędze polskiego janusza biznesu o najntisowej ...
Filmweb sp. z o.o.
Oszałamiająca kariera fake newsa o podboju Chin przez zespół Bayer Full to temat na medioznawczą dysertację. Póki co doraźnie zajęła się nim mieszkająca w Chinach vlogerka Weronika Truszczyńska, która w wideo z maja 2017 rozprawia się z mitem uparcie mielonym przez polskie media w ostatnich 6-7(!) latach. Youtuberka przypomina z tej okazji film, na którym cała ta hucpa powinna się była skończyć – dokumentalny "Miliard szczęśliwych ludzi" z 2011 roku.

Trudno powiedzieć, od czego się zaczęło. Reżyser dokumentu, Maciej Bochniak, opowiada, że o pomyśle eksportu disco polo na chiński rynek dowiedział się z youtube'owego wideo obejrzanego na jakiejś domówce. Nie wiem, na ile to prawda, bo filmiku nie udało mi się namierzyć, muszę jednak przyznać, że trudno o bardziej adekwatną origin story. Raz, że "Miliard" to doskonały film na towarzyski seans spod znaku śledzik & wódeczka; dwa, że cała ta historia przypomina pijacki sen o potędze polskiego janusza biznesu o najntisowej mentalności. Postać ta w filmie występuje w dwóch osobach – Krzysztofa Darewicza i Sławomira Świerzyńskiego.

Darewicz, samozwańczy sinolog nasuwający nie tylko fizjonomiczne skojarzenia z Cejrowskim, przychodzi do lidera Bayer Full z wizją, którą powszechnie znana megalomania każe legendzie disco polo wziąć za dobrą monetę. Chcemy, żeby każdy Chińczyk potrafił zaśpiewać przynajmniej jedną naszą piosenkę – tak o swoich skromnych planach Świerzyński opowiada później w telewizji. To, co zaczyna się niczym odcinek specjalny "Mamy Cię!" albo mockumentary w rodzaju "Roku diabła", skręca nagle w rejony "Miłości" Dzierżawskiego, gdy okazuje się, że nawet Chiny nie będą w stanie pomieścić naraz ego dwóch bohaterów. Finał to już remake "Między słowami" ze Świerzyńskim jako osamotnionym i wyobcowanym w azjatyckiej rzeczywiści polskim Billem Murrayem i zastępującą "Just Like Honey" "Barką" graną już z powrotem w ojczyźnie podczas jakiegoś prowincjonalnego dnia ziemniaka.

Opowieść jest sama w sobie wystarczająco zabawna, ale to reżyserski kunszt Bochniaka wydobywa z niej prawdziwie filmową komediowość. Twórca późniejszego "Disco polo" konsekwentnie buduje ironiczny dystans wobec zdarzeń, czy to poprzez wykorzystanie znanych konwencji fabularnych (początek, w którym Darewicz niczym adept wschodnich sztuk walki wysłuchuje swojego mistrza Miyagi), czy to za pomocą wizualnych stylizacji (parująca sylwetka sinologa podczas nocnej medytacji w gorącym źródle nasuwa silne skojarzenia z zanurzającym się w bagnie Willardem, szykującym się do zabicia Kurtza). Bochniak ma zmysł do wychwytywania pozornie nic nieznaczących mikrosytuacji, detali, które dookreślają postacie, zwykle jeszcze bardziej je kompromitując, jak choćby wtedy, gdy zanurzony w jacuzzi Darewicz snuje filozoficzne spekulacje na temat kłębiącej się wody – niby to ma jakiś kształt, ale nie wiadomo jaki.

Sam też jest trudny do określenia – wieczny kombinator-przedsiębiorca czy powiatowy Da Vinci, którego własna żona uważa za nieudacznika? O ile Świerzyński nie potrafi być nikim innym niż sobą i nawet, gdy bredzi o 60 milionach sprzedanych płyt, zdaje się oszukiwać w pierwszej kolejności samego siebie, o tyle Darewicz sprawia wrażenie, jakby mimo świadomości absurdu sytuacji ochoczo wchodził w rolę pokracznego trickstera-wodzireja, którą sam dla siebie przewidział. Gdy krnąbrny muzyk odtrąca jego pomoc, staje się dla niego typowym przykładem Polaka. Sam Darewicz w Chinach otworzył restaurację o nazwie "Sarmatia", zaś hongkońskie mieszkanie przystroił reprodukcją "Damy z łasiczką".

Obawiam się, że zarówno obaj bohaterowie, ich żałosna – będąca rewersem happy endu z "Disco polo" – przygoda, jak i bezkrytyczność, z jaką rewelacje Świerzyńskiego łyknęły polskie media, mimo upływu lat od telewizyjnej premiery na antenie HBO, mówią wciąż coś bardzo istotnego i dość niepokojącego o Polsce doby "Azja Express". Warto się w to wsłuchać, nawet jeśli w pierwszym kontakcie odrzuci nas melodia "Majteczek w kropeczki".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).