Recenzja filmu Gwiazdy (2017)
Jan Kidawa-Błoński

Powróćmy jak za dawnych lat

Nietrudno sobie wyobrazić, że gdyby historia Banasia wylądowała na taśmie produkcyjnej fabryki snów, mógłby z tego powstać porywający spektakl. Dzieło Jana Kidawy-Błońskiego to tymczasem ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Gwiazdy (2017)
Życiorys piłkarza Jana Banasia to - zdawałoby się - filmowy samograj. Nie brakuje w nim triumfalnych wzlotów i dojmujących upadków, wielkich sportowych emocji, egzotycznych wojaży oraz alkoholowo-erotycznych ekscesów. To także frapujący portret outsidera z polsko-niemieckimi korzeniami, który przez lata czuł się jak intruz po obu brzegach Odry. Nietrudno sobie wyobrazić, że gdyby historia Banasia wylądowała na taśmie produkcyjnej fabryki snów, mógłby z tego powstać porywający spektakl. Dzieło Jana Kidawy-Błońskiego to tymczasem celuloidowy odpowiednik gazety "Życie na gorąco RETRO" - nostalgiczny powrót do przeszłości, dla wszystkich tych, którzy narzekają, że nigdy nie będzie już takiej musztardy, a reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników.

photo.title

Seans zaczyna się od zdania o marzeniach, które spełniają się za późno i nie do końca tak, jak je sobie wyobrażaliśmy. Oto motyw przewodni filmu: każda z postaci na swój sposób będzie musiała poradzić sobie z rozczarowaniami, jakie przyniesie życie. "Gwiazdy" nie są biografią sensu stricte. O ile sportowa kariera Banasia została tu w miarę wiernie zrelacjonowana, o tyle wątek osobisty to w przeważającej części wytwór wyobraźni scenarzystów. Pomysł na opowieść o przyjaźni, którą podkopały ambicje oraz miłość do tej samej kobiety, nie grzeszy oryginalnością, ale kryje spory potencjał dramaturgiczny. Wiadomo: sercowe komplikacje podnoszą temperaturę konfliktu na murawie, a piłkarskie zwycięstwa osładzają klęski poniesione poza boiskiem.

Pogmatwanymi losami bohatera trudno się jednak przejmować. Filmowy Banaś (grany przez pozbawionego charyzmy Mateusza Kościukiewicza) to osobnik bez właściwości. Twórcy każą nam uwierzyć na słowo, że jest świetnym piłkarzem traktującym futbol jak religię. Trudno też uwierzyć w jego  miłość do pięknej Marleny (między Kościukiewiczem a Karoliną Szymczak brakuje chemii) oraz  egzystencjalne rozterki. W dużej mierze to "zasługa" niechlujnego scenariusza, który bez nieustannej narracji z offu byłby zaledwie chaotycznym zlepkiem epizodów. Oto w jednej scenie widzimy przegranego, pozbawionego szans na udział w olimpiadzie Banasia, który za kontuarem rodzinnego baru przyrządza koktajle. Bohater rzuca wówczas z offu, że postanowił wziąć się za siebie i ponownie zawalczyć o powołanie do kadry. Cięcie, pstryk! Piłkarz znów jest na topie. Kolejny punkt zwrotny odhaczony, możemy iść dalej. Zupełnie, jakby twórcy zapomnieli, że w dramatach sportowych najciekawsze jest przecież to, co poprzedza triumf - praca nad charakterem, walka z własnymi ograniczeniami.

photo.title

Skromny budżet nie pozwolił reżyserowi odtworzyć z rozmachem legendarnych meczów polskiej reprezentacji. Twórca "Różyczki" musiał więc sięgać po materiały archiwalne bądź inscenizować futbolowe potyczki w ciasnych, maskujących finansowe ograniczenia kadrach. Jeśli więc nie jesteście na tyle dojrzali, by pamiętać czasy triumfów Orłów Górskiego, niełatwo będzie się tu Wam czymkolwiek ekscytować. Na pocieszenie pozostaną eleganckie zdjęcia Michała Englerta, przyzwoita stylizacja na lata 70. oraz niezła obsada na drugim planie (Fabijański, Lubos, Woronowicz). Potraktujcie to jako honorową bramkę w tym przegranym meczu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 43% uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
o