Recenzja filmu Ława przysięgłych (2003)
Gary Fleder

Proces to gra

Wielka szkoda, że w zgrabnie poprowadzonym filmie, ze wszystkimi zaletami twórczości Johna Grishama, dominują banalne schematy. Oto sąd to ring, gdzie w szranki stają dobro i zło, walka jest ...
Filmweb sp. z o.o.
Wielka szkoda, że w zgrabnie poprowadzonym filmie, ze wszystkimi zaletami twórczości Johna Grishama, dominują banalne schematy. Oto sąd to ring, gdzie w szranki stają dobro i zło, walka jest nierówna, ale w finale szala sprawiedliwości zawsze przechyli się na korzyść tego pierwszego, wszak tam znajduje się racja. Trochę za dużo już w kinie tych czerni i bieli, tym bardziej że potencjał zarysowanej przez pisarza historii "Ławy przysięgłych" jest naprawdę ogromny. Jest też aktualny w kontekście komentarza do systemu sądowniczego w USA, o czym może świadczyć chociażby scenariuszowy zabieg zamiany koncernów tytoniowych na produkujące broń, co wystarczyło, by akcję książki przenieść o dziesięć lat wprzód, pozostawiając główną fabularną woltę niezmienioną.

W pierwowzorze pióra Grishama chodzi o wniesiony przez wdowę pozew cywilny przeciw firmie papierosowej o to, że przez jej produkt zmarł na raka jej mąż. Pisarz oparł się na faktycznym procesie, który wywołał wiele emocji na początku lat 90., tak wśród lobby tytoniowego, jak i na Wall Street. "Ława przysięgłych" wykorzystuje te wydarzenia do opowiedzenia fikcyjnej teorii sugerującej chwiejność amerykańskiego systemu sądowniczego. Wśród cywilnych sędziów Grisham umieszcza człowieka próbującego zmanipulować pozostałą jedenastką, by sprzedać którejś ze stron wynik rozprawy. Filmowa ekranizacja uwspółcześnia fabułę, zmieniając oskarżonych. Na początku poprzedniego dziesięciolecia o uzależnieniu od papierosów mówiło się sporo, dziś jednak znacznie gorętszym tematem jest łatwa dostępność do broni palnej. I tak w filmie Gary’ego Fledera młoda kobieta szuka sprawiedliwości po tym, jak jej mąż został zastrzelony przez desperata, który wtargnął do biura i zaczął strzelać na oślep. Gdyby nie broń dostępna w każdym sklepie, do tragedii mogłoby nie dojść.

Świadomie czy nie, "Ława przysięgłych" silnie nawiązuje do aktualnej, społecznej dyskusji – kto jest winien: strzelający czy dający strzelającemu broń? Palący czy produkujący papierosy? Pijący czy ten, co sprzedaje wódkę? Fleder podąża wiernie tropem Grishama i dlatego ten temat pozostawia w sferze "do własnego przemyślenia", choć finał przynosi pewne pojęcia o poglądach przynajmniej pisarza. Dużo jednak ważniejsza jest dla reżysera sama intryga, w której pojawiają się trzy strony. Dwie z nich poza grą z trzecią, toczą także równoległy pojedynek między sobą. Oskarżycielem jest Wendell Rohr, szlachetny adwokat z południa, kierujący się twardym kodeksem honorowym. Po stronie przeciwnej staje Rankin Fitch, pochodzący z północy, bezwzględny specjalista w dobieraniu przysięgłych. W Ameryce przed każdym procesem wzywa się grupę potencjalnych sędziów cywilnych, z których obie strony wybierają "tę" dwunastkę. Zadaniem Fitcha jest, by byli oni naturalnie przychylni jego klientowi.

Do tych ról Fleder zaangażował prawdziwe aktorskie niedźwiedzie – w tego złego wciela się Gene Hackman, a jego antagonistą jest Dustin Hoffman. To mogłoby być prawdziwe starcie gigantów, którzy choć zaliczani do najwybitniejszych aktorów w historii kina, nigdy wcześniej nie spotkali się razem na planie. Na dodatek ich postacie stanowią kompletne przeciwieństwa. Mamy tu konflikt mentalności amerykańskiego południa i północy, jeden jest prawnikiem starej daty, drugi korzysta z najdoskonalszych technologii do inwigilacji potencjalnych przysięgłych (notabene – świetne sceny), Rohr jest zimny i wyrachowany, Fitch – poczciwy i moralnie nieskazitelny. Rzecz w tym, że obaj mają tu niejedną okazję do koncertu swoich możliwości, ale do prawdziwego pojedynku dochodzi w filmie tylko jeden raz. I to krótki i źle sfilmowany. Zmarnowany.

Wspomnianą trzecią stronę reprezentują Nicholas Easter (John Cusack) wspierany przez tajemniczą Marlee (Rachel Weisz na drugim planie). Tak naprawdę to oni stanowią siłę napędową "Ławy przysięgłych", oni determinują podstawowy wątek i to do nich należy zarówno finał, jak i jego puenta. Easter zostaje jednym z ławników i za pośrednictwem kobiety kontaktuje się z stronami procesu. Proponują im prosty układ – odpowiednia suma na konto, a w zamian wygrana w sądzie. Mężczyzna przekonuje, że zmanipulował przysięgłych i tylko od niego zależy, kto wygra. W tym miejscu, ukazując mechanizmy przekonywania i kontroli grupy ludzi, obraz Fledera ma największą siłę. Cusack by najlepiej oddać psychologiczną przewagę swojego bohatera, zrezygnował z szarż w środkach wyrazu. W przeciwieństwie do Hoffmana i Hackmana postawił na minimalizm, spokój i opanowanie. Wprowadzany przez niego w życie plan zmanipulowania ławy przysięgłych przyjmuje dzięki temu wymiar niemal diaboliczny. Tym bardziej, że właściwie do końca nie wiadomo, co tak naprawdę kieruje Easterem i jego przyjaciółką. Chęć zysku? Chyba jednak nie – więc co? To sprawia, że widz jeszcze chętniej daje się wciągnąć w intrygę, jeszcze mocniej wyczekuje finału.

Takie zaangażowanie widza w świat filmu, potrafi nieźle omamić. Na tyle skutecznie, że łatwo przeoczyć fakty – "Ława przysięgłych" jest obrazem mechanicznie wręcz oczywistym. Barwne postacie i morał pochodzą z książkowych przykładów, a stopniowo dozowane napięcie ma rodowód rzemieślniczy. Reżyserowi nie ma nożna zarzucić braku szczerości. Pomyślał swoje dzieło jako absorbującą grę, i takie też stworzył. Ale poprawna kombinacja dramatu sądowego i filmu sensacyjnego, mogła być pretekstem do przeciwstawienia sobie praw demokracji, biznesu i etyki. Tymczasem potencjalny pretekst do głębszych rozważań, zastąpiono profesjonalnie zarysowaną rozgrywką między głównymi bohaterami, która bawi i wciąga, ale niekoniecznie odbija się na dłużej w świadomości widza. Nawet obecność odważnych sugestii, że w amerykańskich sądach dopuszcza się niesłusznie wszystkie chwyty, także te poniżej pasa, byleby nie wychodziły poza nieprecyzyjnie postawioną granicę prawa, niespecjalnie wpływa na przełamanie schematu.

Dramat sądowy nigdy nie został w pełni wykorzystany. Owszem – w kinie nie zabrakło emocjonujących rozpraw, a sceny w samych sądach pojawiają się w co drugim amerykańskim (i nie tylko) serialu. Ale mając do dyspozycji adwokatów, prokuratorów, sędziów, oskarżonych i wnoszących pozew, hollywoodzcy filmowcy zapominają, że system sądowniczy w USA ma jeszcze jedną, ultra wręcz ciekawą grupę zainteresowanych. Ława przysięgłych ma wszakże więcej do powiedzenia podczas procesu niż ktokolwiek inny, z sędzią na czele. A jednak, poza kultowymi już "12 gniewnymi ludźmi" Sidneya Lumeta, ci cywilni sędziowie nie doczekali się zbyt wielu obrazów na swój temat. Robią w filmach za milczącą widownię, jakby kompletnie niezaangażowaną, a ich rola ogranicza się do ogłoszenia wyniku przed napisami końcowymi. Może dlatego "Ławę przysięgłych" Gary’ego Fledera ogląda się pomimo wszystkich niedociągnięć, aż tak dobrze? Jak mawiają – na bezrybiu i rak ryba.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o