Recenzja filmu Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek (2006)
Jonathan Liebesman

Przewidywalne złego początki

Pierwsze sceny mogą zaskakiwać. Większość kontynuacji i prequeli rozwijających wątki głośnych tytułów sprzed lat rzadko nawiązuje do słynnych poprzedników czymś więcej niż postaciami i tytułem. ...
Filmweb sp. z o.o.
Pierwsze sceny mogą zaskakiwać. Większość kontynuacji i prequeli rozwijających wątki głośnych tytułów sprzed lat rzadko nawiązuje do słynnych poprzedników czymś więcej niż postaciami i tytułem. "Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek" idzie nieco dalej. Twórcy pieczołowicie odtworzyli nieco przygaszone barwy z filmu Hoopera. Kadry są prześwietlone słońcem, jakby przykurzone. Teksańskie pustkowie, podobnie jak w obrazie z 1974 roku, jest brudne, wrogie, niepokojące.

Na tym jednak koniec niespodzianek, bowiem scenariusz historii o początkach Tommy'ego Hewitta, znanego większości fanów horroru jako Leatherface, jest do bólu przewidywalny. Krótki prolog ukazuje narodziny chłopca o zdeformowanej twarzy, który na świat przychodzi w rzeźni. Czołówka szybko prześlizguje się po dzieciństwie mordercy. Informacje o "postępującej deformacji" i "upośledzeniu umysłowym" przetykane są obrazami szlachtowanych zwierząt. Zasadnicza część filmu to już powtórka z rozrywki - grupa młodych ludzi usiłuje uciec z rąk rodziny sadystów żywiących się ludzkim mięsem.

Nikt raczej nie oczekiwał po prequelu "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" wnikliwej analizy psychiki seryjnego mordercy. Dobry film z gatunku "survival horror" powinien jednak nie tylko szokować makabrycznymi scenami, ale również zaskakiwać. Tymczasem "Początek" stanowi po prostu zbitek pomysłów i rozwiązań, które miłośnicy grozy widzieli już setki razy. Żaden schemat nie został odwrócony, scenarzystom nie udało się wymyślić bodaj jednego zwrotu akcji naprawdę zasługującego na to miano. W dodatku fabuła roi się od dziur logicznych, co przy równie nieskomplikowanej historii stanowi doprawdy niezgorszy wyczyn.

Nagromadzenie scen przemocy jest tak duże, że szybko staje się męczące. Męczy nie tyle ilość krwi, choć ta rzeczywiście leje się strumieniami, ile kompletny brak zaskoczenia. Ćwiartowanie jest do tego stopnia metodyczne, że w gruncie rzeczy podobny efekt osiągnięto by zapewne ustawiając kamerę w zakładzie przetwórstwa mięsa. Nie byłby to może zły pomysł - w końcu Leatherface zaczynał "karierę" w rzeźni...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)