Robinson warszawski

"Jako młody człowiek studiowałem dwa lata muzykę w Berlinie.
Nie mogę zrozumieć, co stało się z tymi Niemcami...
byli przecież zawsze taaacy muzykalni!"
Władysław Szpilman

"Pianista" - pamiętnik Władysława Szpilmana opisujący wojenne losy genialnego muzyka i pianisty to doskonały materiał na film. Zdano sobie z tego sprawę już w 1949, kiedy w 3 lata po pierwszym polskim wydaniu dziennika Jerzy Zarzycki zrealizował na jego podstawie obraz zatytułowany "Robinson warszawski" wg scenariusza Jerzego Andrzejewskiego i Czesława Miłosza. Niestety, częste ingerencje cenzury sprawiły, że ostateczna wersja obrazu z książką miała niewiele wspólnego, z czołówki swoje nazwisko wycofał Miłosz a sam film trafił na ekrany pod tytułem "Miasto nieujarzmione".

Wiele lat później ekranizacji "Pianisty" podjął się Roman Polański, wybitny reżyser, który jako dziecko był świadkiem likwidacji krakowskiego getta, z którego cudem uciekł i przetrwał wojnę ukrywając się u chłopskiej rodziny.
Polański wielokrotnie w wywiadach mówił, że chciałby opowiedzieć o okrutnych czasach II Wojny Światowej, jednak przez długi czas nie mógł znaleźć odpowiedniego materiału na film. Spielberg chciał aby reżyser stanął za kamerą na planie "Listy Schindlera", jednak tę propozycję Polański odrzucił bowiem uznał, że tematyka obrazu była zbyt bliska jego osobistym doświadczeniom. Twórca nie był zainteresowany także realizacją filmu autobiograficznego. Dopiero "Pianista" Szpilmana zrobił na nim takie wrażenie, że zdecydował się powrócić do tych strasznych czasów i zrealizować obraz, który byłby nie tylko ekranizacją doskonałej książki, ale także rozrachunkiem z własną przeszłością.

Akcja "Pianisty" (tytuł pierwszego wydania książki brzmiał "Śmierć miasta") rozgrywa się w latach 1939 - 1945 w Warszawie. Tytułowy pianista to Władysław Szpilman, wybitny kompozytor i pianista, długoletni pracownik Polskiego Radia, pomysłodawca i organizator pierwszego Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie. W swoim spisanym na gorąco pamiętniku (pierwsze wydanie ukazało się już w roku 1946) Szpilman opowiada o swoich wojennych losach, o losach zwykłego człowieka, który uciekając, ukrywając się, licząc na pomoc innych ludzi starał się przetrwać Holocaust. Kompozytor przeżył likwidację warszawskiego getta, przez kilka lat żył w ukryciu po "aryjskiej" stronie miasta, a po upadku Powstania Warszawskiego przez wiele tygodni jak rozbitek - Robinson Crusoe, mieszkał w ruinach opustoszałej i całkowicie zniszczonej stolicy.

"Pianista" to z całą pewnością jedna z najlepszych książek o wojnie, jaką przeczytałem w swoim życiu. Przypomina nieco "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, ponieważ Szpilman, podobnie jak Białoszewski opisuje dzieje zwykłego, szarego człowieka, który stara się przeżyć w okupowanym przez nazistów mieście. Tego rodzaju utwory z reguły wywierają na odbiorcach większe wrażenie niż opowieści o bohaterskich żołnierzach pokonujących przeważające liczebnie oddziały wroga na polu bitwy, bowiem łatwiej zidentyfikować nam się z narratorem, zrozumieć jego postępowanie. Oczywiście, każdy z nas w skrytości ducha marzy, iż w chwili próby zdobędzie się na bohaterstwo, ale prawda jest taka, że stać na nie naprawdę niewielu.

Na premierę "Pianisty" czekałem z dużą niecierpliwością. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie i w skrytości ducha łudziłem się, że film również "powali mnie na kolana". Niestety, najnowsze dzieło Romana Polańskiego to "zaledwie" film bardzo dobry, poprawnie zrealizowany w każdym calu, ale daleko mu do arcydzieła.

Zirytowała mnie przede wszystkim swoboda z jaką twórcy filmu podeszli do ekranizacji. Obraz oparty został na wspomnieniach Władysława Szpilmana, opowiada więc o autentycznych postaciach i wydarzeniach, ale widać scenarzysta Ronald Harwood uznał, że to nie wystarczy i postanowił to i owo poprawić, zmienić, podkoloryzować. Do ekranizacji wprowadzono więc postać niedoszłej narzeczonej Szpilmana - Doroty, Lewicki i Gębczyński zmienili się w jednego bohatera, w którego wcielił się Krzysztof Pieczyński, a anonimowy policjant, który wyciągnął kompozytora z transportu do Treblinki stał się konkretną osobą o imieniu Izaak Heller. Nie są to duże zmiany i nie wpływają specjalnie na odbiór filmu, ale zastanawia mnie czemu w ogóle je wprowadzono. W końcu "Pianista" to nie fikcja literacka, którą można dowolnie przetwarzać, ale zapis faktycznych wydarzeń.

Śmiem zresztą twierdzić, że zmiany dokonane przez Harwooda w kilku miejscach wręcz pogarszają wymowę filmu. W książce duże wrażenie zrobił na mnie fragment opowiadający o ojcu Szpilmana, który po wydaniu zarządzenia, iż Żydzi mają nosić na ramieniu opaskę z gwiazdą Dawida i kłaniać się każdemu przechodzącemu ulicą Niemcowi nie siedział jak większość w domu, ale wychodził codziennie na ulicę i "pozdrawiał Niemców w przesadnym, ironicznym geście, zachwycony, gdy taki wojskowy, zmylony jego radosną twarzą, odpowiadał mu uprzejmie i z uśmiechem, jak komuś dobrze znanemu. Co wieczór po powrocie do domu nie mógł sobie odmówić przyjemności nadmienienia mimochodem, jak daleko sięgały wówczas jego kontakty: wystarczyło, by wyszedł na ulicę, a zaraz otaczały go dziesiątki znajomych. (...) Ręka drętwiała mu od ciągłego uchylania kapelusza". W filmie natomiast zrezygnowano w ogóle z tej sceny. Zamiast niej twórcy zafundowali nam niemalże sztampowy widoczek, doskonale znany z setek wcześniejszych filmów opowiadających o okupacji - ojciec Szpilmana idzie ulicą, nie uchyla kapelusza przed Niemcem, za co ten policzkuje go.

W filmowym "Pianiście" zabrakło również monologów wewnętrznych Szpilmana, jego przemyśleń, obserwacji, które stanowią sporą część książki. Zdaję sobie sprawę, że ich pokazanie na ekranie jest wyzwaniem, twórcy najczęściej w takich przypadkach uciekają się do wprowadzenia narratora, który "zza ekranu dopowiada" film. Polański nie zdecydował się na taki zabieg, ale nie zaproponował nam nic w zamian. Dlatego też, o ile nie czytaliśmy książki, możemy niektórych scen wręcz nie zrozumieć. Jedną z nich jest scena, w której Niemcy filmują przeprowadzających się z likwidowanej części getta Żydów. U Polańskiego nie ma ona absolutnie żadnego znaczenia i zapewne większość widzów w ogóle nie zwróci na nią uwagi, natomiast w książce Szpilman dokładnie opisuje co filmowano, jak filmowano i dlaczego filmowano.

Takich zmian w stosunku do powieściowego oryginału jest oczywiście w obrazie jeszcze wiele i nie zamierzam ich tutaj wszystkich wymieniać, uważam jednak, że ich wprowadzenie nie było dla ekranizacji korzystne. "Pianista" Szpilmana wyróżniał się spośród wielu książek o holocauście właśnie ciekawymi spostrzeżeniami, opisem codzienności w getcie, który niekiedy różnił się znacznie od naszych wyobrażeń, natomiast "Pianista" Polańskiego nie wyróżnia się niczym spośród wielu wcześniejszych filmów o podobnej tematyce.

"Pianista" nie zachwyca również aktorsko. Adrien Brody, który wcielił się w postać Szpilmana gra nieźle, ale bez emocji, sprawia wrażenie jakby zupełnie nie czuł odtwarzanej przez siebie postaci. Winić należy jednak nie jego, ale Polańskiego bowiem wszyscy wiedzą, że na planie filmowym twórca "Noża w wodzie" jest władcą absolutnym, a współpracujący z nim aktorzy grają dokładnie tak, jak każe im reżyser. Przy "Pianiście" efekt jest taki, że po wyjściu z kina żadna z kreacji aktorskich nie pozostaje na dłużej w naszej pamięci. A szkoda, bowiem materiał wyjściowy dawał olbrzymie pole do popisu, nie tylko odtwórcy głównej roli, ale również aktorom drugoplanowym.

Niezwykle ważną rolę w "Pianiście" odgrywa Warszawa, która jest nie tylko tłem dla opowiadanych wydarzeń, ale również pełnoprawnym bohaterem filmu. Allan Starski i Paweł Edelman doskonale pokazali zrujnowane miasto na dużym ekranie. Sceny z zatłoczonego getta, czy panorama zniszczonej przez nazistów po Powstaniu Warszawy robią niesamowite wrażenie. Całość uzupełnia wspaniała muzyka Wojciecha Kilara, która mimo, iż bardzo dyskretna, niekiedy wręcz niezauważalna idealnie ilustruje opowiadane wydarzenia.

"Pianista" to z całą pewnością film ważny, który trzeba zobaczyć. Daleko mu jednak do arcydzieła, to po prostu solidna, rzemieślnicza robota. Na pewno poza granicami naszego kraju, na widzach, którzy nie znają zbyt dobrze polskiej historii, obraz Polańskiego wywrze większe wrażenie - sceny z tańczącymi pod lufami niemieckich karabinów Żydami, czy egzekucjami przypadkowo wybranych osób zapadają w pamięć, ale my wszystko to już wcześniej widzieliśmy. Nas w "Pianiście" już nic nie zaskoczy, nie dowiemy się z niego nic, czego byśmy nie wiedzieli.

Życzę jednak temu filmowi jak najlepiej. Mam nadzieję, że "Pianista" zaistnieje jeszcze na wielu festiwalach i usłyszymy o nim podczas rozdawania prestiżowych nagród. Wszystkim widzom polecam jednak przeczytanie książki Szpilmana, która jak to często bywa jest po prostu lepsza od ekranizacji.
46% uznało tę recenzję za pomocną (160 głosów).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

zobacz też:

pozostałe recenzje użytkowników (1):

komentarze

dodaj komentarz
  • Jest to bardzo poruszający film. Opowiada prawdziwe losy żydowskiego artysty. Aktorzy zagrali super. Zdjęcia i muzyka na wysokim poziomie. Historia była świetnie przedstawiona. Nie myślałam, że polski film może być aż tak dobrze zrobiony. Wspaniale pokazuje bezsensowność ludzi oraz okrucieństwo wojny. Uważam, że każdy powinien zobaczyć ten film. Jednak zabrakło w nim różnorodności scenografii. Natomiast akcja rozgrywała się prawie cały czas w jednym miejscu.

  • Zgadzam się z tą recenzją po części, bo muszę pominąć fragmenty odwołujące się bezpośrednio do książki z racji tego, że jej nigdy nie przeczytałam. :) "Pianista" to z całą pewnością film ważny, który trzeba zobaczyć. Daleko mu jednak do arcydzieła, to po prostu solidna, rzemieślnicza robota. (...) Nas w "Pianiście" już nic nie zaskoczy, nie dowiemy się z niego nic, czego byśmy nie wiedzieli. " - Mogłabym się pod tym spokojnie podpisać. Brakowało mi klimatu w tym filmie i miałam wrażenie, że historia się nie klei, wszystko się wokół rozlatuje.. Muzyka też nie porwała (chociaż uwielbiam dźwięk fortepianu), a wręcz irytowała. Osobiście nie uważam, żeby ten film zasługiwał na tyle nagród. Za to jeśli ktoś ma inne zdanie, ma do tego prawo, ale niech wtedy uszanuje moją opinię. ;)

  • Film przejmujacy i jak dla mnie swietny. Co do ojca Szpilmana, ze "Ręka drętwiała mu od ciągłego uchylania kapelusza"......pewnie dlatego tego nie pokazali, bo czytanie ksiazki, to umiejetnosc uchwycenia ironii jak i wewnetrznych monologow, czego autorowi recenzji tak brakuje.....A wystarczy pomyslec, ze nie kazdy zrozumialby te scene, jezeli nie bylaby opisana bardziej szczegolowo. Co do gry A.Brody, ktory jakoby gra " bez emocji, sprawia wrażenie jakby zupełnie nie czuł odtwarzanej przez siebie postaci.".....Gdyby szanowny krytyk widzial pare filmow dokumentalnych, chociaz jak twierdzi widzial juz wszystko, moze wiedzialby, ze wojna skutecznie potrafi znieczulic ludzi, na placz, na emocje. Pisanie, ze "Pianista" to nie fikcja literacka, którą można dowolnie przetwarzać, ale zapis faktycznych wydarzeń" jest bez sensu. Nie wiem, czy isnieje film, ktory jest identyczny, jota w jote, jak ksiazka.

  • Za dużo porównujesz film z książką... Księga przesłoniła ci oczy.

  • ciekawa recenzja...

  • Książka to nie film. Krytyka scenariusza strasznie przesadzona - patrząc na te wielkie zmiany okazuje się, że nie jest ich tak wiele, a te, które są wprowadzone nie są dużym minusem. Patrząc na inne ekranizacje wyprodukowane w USA (i nie tylko), ten film jest praktycznie wierną ekranizacją! Głównym atutem "Pianisty" jest to, że nie ma scen pełnych patosu, do czego nas kino zachodnie już przyzwyczaiło. Niektóre sceny są brutalne, bez zbędnego owijana w bawełnę. Do tego nie było tutaj typowego wątku miłosnego (chwała reżyserowi i scenarzyście za to!). To by całkowicie zespuło film. Ja akurat zauważyłem żołnierzy niemieckich kręcących materiał filmowy podczas przechodzenia Żydów przez kładkę. Nie trzeba być znawcą, aby wiedzieć dlaczego to robili. Wprowadzenie monologów czy narratora popsuło by klimat filmu. Polański wolał, aby widz wczuł się w osobę Szpilmana, aby podażął za nim i czuł to co on. Szczególnie mówię tutaj o klaustrofobicznym wręcz odczuciu przebywania przez długi czas w jednym pokoju oraz towarzyszącemu temu nieustannemu napięciu. Do tego film musiałby trwać znacznie dłużej niż 150 minut. Jakby doliczyć do tego opis codziennego życia miasta i getta to nie wiem czy by nam 4 godziny starczyły. Może lepiej byłoby zrobić mini serial? Wyszła by zapewne kaszana - film miał trzymać widza w niepewności od początku do końca, a serial absolutnie nie miałby już tego klimatu i nieustającego napięcia. Polański dokładnie wiedział co robi. Adrien Brody świetnie wcielił się w rolę Władysława. Gdybym ciągle widział łzy w jego oczach uznałbym, że reżyser próbuje wcisnąć mi coś na siłę. Szczególnie było widać jego umiejętności kiedy był głodny czy leżał chory w łóżku. Nie jest wybitnym aktorem, ale za rolę ma u mnie dużego plusa. Zagrał bardzo naturalnie, a i samo udawanie gry Szpilmana to nie lada sztuka. Z drugoplanowych i epizodycznych ról zapamiętałem brata Henryka, "dobrego" Niemca Wilma, Marka Gębczyńskiego czy Benka z kawiarnii. I znów wracamy do długości filmu. Gdyby wydłużono czyjąś rolę film trwałby znacznie dłużej, a to mogłoby popsuć odbiór filmu. Podsumowując, chętnie bym poczytał opinię autora jak on by przeniósł książkę na ekran. Moim zdaniem jest to niemożliwe, a Polański zrobił to jak najlepiej potrafił oraz jak można było. Uważam, że film nie posiada w ogóle niepotrzebnie wydłużonych scen - wszystko było w odpowiednim momencie i miało odpowiednią długość. Dodając to, czego autorowi tej recenzji brakowało spowodowało zmiany na gorsze, bądź zmusiłoby to do wycięcia innych scen i zastąpienia go innymi. Ja sobie tego nie wyobrażam.

  • "Adrien Brody, który wcielił się w postać Szpilmana gra nieźle, ale bez emocji, sprawia wrażenie jakby zupełnie nie czuł odtwarzanej przez siebie postaci." No nieźle... i tam jeszcze tylko jakiegoś oskara zgarnął ale co tam xD

  • Kiepska recenzja. Autor nie potrafi wyjść poza porównywanie książki z filmem, co uniemożliwia mu docenienie, a po części i zrozumienie filmu. Komentarz gry Brody'ego boleśnie nietrafny. Zachwyt nad scenografią zmusza do smutnej refleksji, że chyba tylko to autor recenzji potrafił zauważyć i docenić.

  • Moim zdaniem bardzo trafiona recenzja.

  • Świetna recenzja.

  • Kolejny zblazowany krytyk, który, nie mając czego się czepić, porównuje druk do celuloidu.

  • Jak dla mnie w recenzji za dużo o książce-przecież wiadomo, że film będzie się róznic jakościowo od ksiązki!nie zgadzam sie też co do gry Adriena Brody'ego-zagrał bardzo dobrze co dostrzegła Akademia, a to coś znaczy. film w ogóle świetny!

  • okropna recenzja, film jest doskonały w każdym calu!!!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true