Recenzja filmu Pretty Woman (1990)
Garry Marshall

To jest Hollywood...

Komedie romantyczne - przez jednych pogardzane, przez innych uwielbiane - od lat 90. są taśmowo wprowadzane na ekrany kin. Jednym z filmów rozpoczynających swego rodzaju boom na nie jest "Pretty ...
Filmweb sp. z o.o.
Komedie romantyczne - przez jednych pogardzane, przez innych uwielbiane - od lat 90. są taśmowo wprowadzane na ekrany kin. Jednym z filmów rozpoczynających swego rodzaju boom na nie jest "Pretty Woman". To wzorcowo zrealizowana produkcja tego typu. Baśń przeznaczona dla starszych odbiorców.

Mamy dwóch głównych bohaterów. Ona i on. Ona piękna i urocza… On również piękny, ale w przeciwieństwie do niej bogaty. Żyją w dwóch światach. Ona, parając się najstarszą profesją świata w otoczeniu alfonsów i narkomanów, z trudem wiąże koniec z końcem. On, będąc szefem dużej firmy, obraca się w śmietance towarzyskiej. Szanse na ich spotkanie w realnym świecie są minimalne, ale przecież jesteśmy w Hollywood… Banalna historia. Wszyscy wiedzą, jak się skończy. Vivian i Edward (bo tak nazywają się główni bohaterowie) zakochują się w sobie i po licznych perturbacjach padają sobie w ramiona w scenie finałowej. Ups… Zdradzam zakończenie, na swoje usprawiedliwienie powiem, że tak się kończy 99% komedii romantycznych.

No właśnie 99%! Ten sam schemat, a jednak "Pretty Woman" z pewnością można uznać za jeden z najlepszych filmów w swoim gatunku (dla mnie pierwsza trójka). Co sprawia, że jest to film wyjątkowo dobry?

Aktorstwo. Julia Roberts i Richard Gere to obok Toma Hanksa i Meg Ryan jeden z najlepszych filmowych duetów specjalizujący się w "romantycznych klimatach". Doskonale do siebie pasują i wydają się (jakby powiedziała mama Forresta Gumpa) "nierozłączni jak marchewka z groszkiem". Z ogromną przyjemnością po raz setny oglądam sceny, jak Vivian przechadza się holem hotelu, przymierza sukienki. Wszystko to ckliwe i zakrawające na kicz, ale komu to przeszkadza? Przecież tak ma to wyglądać. Julia i Richard tworzą wspaniałą filmową parę, ideał, o którym wspomina nawet Bridget Jones, gdy pogrąża się w fantazjach na temat swojego związku z Markiem Darcy. Równie ważne są postaci drugoplanowe, rewelacyjnie spisuje się Hector Elizondo w roli dyrektora hotelu, a i współlokatorka Vivian – Kid (Laura San Giacomo) wzbudza sympatię.

Muzyka. Dwie najbardziej znane piosenki użyte w filmie to "Oh, Pretty Woman" i "It Must Been Love". Już same one stanowią duży plus dla filmu, ale oprócz nich jest jeszcze wiele innych. I co ważne, wszystkie one stanowią doskonały podkład pod to, co dzieje się na ekranie. Jedynym słabszym elementem, jeśli chodzi o tą warstwę filmu, przynajmniej w moim odczuciu, jest scena w operze – przydługa, nudna i wręcz drażniąca.

Bajkowość. Szara rzeczywistość, w której zazwyczaj się żyje, nie jest przyjemna, męczy, a często nawet daje w kość. Dlatego nie dziwi, że wielu korzysta z każdej okazji, by choć na chwilę od niej uciec. Sposoby są różne… I jednym z nich jest właśnie zanurzenie się w świat wyimaginowany przez filmowców. W komediach romantycznych niewiele ma on zazwyczaj wspólnego z szarością, mieni się feerią barw, pełny jest tego wszystkiego, czego na co dzień nie widać lub widać bardzo rzadko. Filmowa baśń, w której mamy do czynienia z ludźmi w tydzień odmieniającymi całe swoje dotychczasowe życie, realizującymi swoje marzenia niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To są czary, które mogą zdarzyć się właśnie w Hollywood i którym wielu przygląda się z ciekawością.

Siła happy endu. Jak ktoś ogląda komedię romantyczną, to chce zobaczyć szczęśliwe zakończenie, szkopuł polega jedynie na tym, żeby pomiędzy poznaniem bohaterów a finałową sceną nie zanudzić odbiorcy na śmierć, ani też nie traktować go jak "intelektualną rozwielitkę". Twórcom filmu to się doskonale udaje, a na samym końcu filmu jest rycerz na białym koniu, księżniczka na szczycie wieży… Czy trzeba czegoś jeszcze?

Mógłbym jeszcze pisać i pisać, bo to jeden z moich ulubionych filmów, obejrzany co najmniej ze dwadzieścia razy. "Pretty Woman" to film dobry, a wręcz bardzo dobry, w swej kategorii mistrzostwo świata. Jednak nie jest arcydziełem i z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Ale i tak warto go zobaczyć, chociażby dla sceny, w której Julia Roberts śpiewa piosenkę Prince'a w wannie. Polecam, choć satysfakcji nie gwarantuję.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (42 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o