Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Emigranci+z+antypod%C3%B3w-74279
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako zwyczajny użytkownik. W redakcji od 2007 roku. Obecnie zajmuje stanowisko zastępcy redaktora naczelnego.

Emigranci z antypodów

  • Filmweb
  • Artykuł
Są piękni, młodzi i mówią z zabawnym akcentem. W swoim kraju byli kochani przez widzów i nagradzani prestiżowymi wyróżnieniami. To dało im przepustkę do Hollywood. Amerykańskie wytwórnie nie są jednak zainteresowane ich talentem. Wystarczy przyjazna oku prezencja. Ponieważ Amerykanie ich nie znają, idealnie nadają się do widowisk, w których oszczędza się na wszystkim prócz efektów specjalnych.

Hollywood traktuje ich jak wszystkich emigrantów. W ojczyźnie mogą być uznanymi chirurgami, w Stanach będą prowadzić taksówki lub przycinać trawniki. Oczywiście w przypadku aktorów proporcje są inne: za role otrzymują i tak większe pieniądze niż w Australii, a do tego stają się znani na całym świecie. W zamian muszą tylko dać się wykorzystać bezwzględnej machinie filmowej i zapomnieć o artystycznych ambicjach. Jest to podpisywanie cyrografu z diabłem i większość aktorów przegrywa, stawiając wszystko na amerykańską kartę. Przykłady Russella Crowe'a, Nicole Kidman oraz innych dają nadzieję, że im też się uda przetrwać i osiągnąć prawdziwy sukces. Spójrzmy na niektórych członków najnowszej australijskiej fali i oceńmy ich szanse na spełnienie hollywoodzkiego snu.

Sam Worthington – Zróbmy sobie gwiazdę

Technicznie nie jest ani młody (w sierpniu skończy 35 lat), ani nie jest Australijczykiem (urodził się bowiem w Wielkiej Brytanii). Jednak nie ma obecnie lepszego przykładu na "australijską karierę w Hollywood". Przed majem 2009 roku Worthington był szerszej publiczności kompletnie nieznany. W ciągu ostatnich dwóch lat wystąpił jednak w takich widowiskach jak "Terminator: Ocalenie", "Avatar" i "Starcie Tytanów". Dziś nie ma na Ziemi widza, który nie rozpoznałby jego pyzatej buźki i nie wyrobił sobie zdania o jego talencie.


"Terminator: Ocalenie"

Niestety, ocena aktorskich umiejętności Worthingtona na podstawie tych trzech widowisk byłaby bardzo dla niego niekorzystna. Owszem, w "Terminatorze" zagrał najlepiej z całej obsady, ale film i tak został odrzucony przez fanów. Z "Avatara" zapamiętano bardziej jego komputerowo przemodelowaną postać, zaś w "Starciu Tytanów" w ogóle nie musiał grać – dostał tak mało wymagającą rolę.

Warto jednak sięgnąć po jego australijskie tytuły, by przekonać się, że jest to aktor nietuzinkowy. Już swoim debiutem zachwycił widzów i krytyków. Rola Mitchella w "Facetach w butach" przyniosła mu pierwszą nominację do nagrody Australijskiego Instytutu Filmowego (AFI). Cztery lata później powalił widzów na kolana rolą w genialnym obrazie "Salto". Film był w polskich kinach, ale bardzo wątpię, by zobaczył go choć promil osób, które później widziały "Avatara".

samwort.jpg
 
bootman.jpg

"Faceci w butach"

Czy w Hollywood Sam Worthington będzie w stanie pokazać swój talent? Biorąc pod uwagę projekty, które wybiera, bądź też te, które są mu proponowane, należy w to wątpić. Poza kontynuacjami "Starcia Tytanów" i "Avatara", aktor wiązany jest z tak "ambitnymi" projektami, jak adaptacja "Dan Dare", remake "Komando". Ma też ponoć zagrać Allana Quatermaina i Drakulę. Wszystko więc wskazuje na to, że jeśli kiedyś zamarzy mu się poważna rola, będzie musiał wrócić do Australii (tak jak zrobił to Guy Pearce).

Bracia Hemsworth – Na etacie w Fabryce Marzeń

Chris i Liam Hemsworthowie są klasycznymi przykładami "ofiar" hollywoodzkiej maszynerii.  Obaj są angażowani wyłącznie na podstawie prezencji (choć oficjalnie wszędzie zachwala się ich talenty). Obaj poznali już ból związany z przedmiotowym traktowaniem "gwiazd" przez wielkie wytwórnie, co dodatkowo wzmaga ich wdzięczność, kiedy w końcu dostają rolę. Czy uda im się przetrwać taką indoktrynację?

th.jpg

Chris Hemsworth "Thor"

Chris Hemsworth zaczynał w australijskiej fabryce gwiazd, czyli serialu "Home and Away". Stąd pochodzili Heath Ledger, Guy Pearce, Naomi Watts, a także Ryan Kwanten (należący do obecnej fali australijskich aktorów w Hollywood). Jego pierwsze kroki w Hollywood nie były zbyt obiecujące. Początkowo żadna z tamtejszych agencji nie chciała go reprezentować. Mimo to udało mu się zagrać epizod w "Star Treku", dzięki któremu dał się poznać fanom. Potem wystąpił w dwóch filmach, które do dziś leżą na półce, a wszystko przez to, że powstały dla bankruta MGM. W teorii oba mają trafić do kin. Kiedy? To się dopiero okaże. Jeśli chodzi o "Thora", Chris został odrzucony przy pierwszym podejściu. Potem odrzucono także jego brata Liama. Jednak australijski agent aktora William Ward nie dał za wygraną i namówił szefa Marvela, by ten dał Chrisowi drugą szansę. I tak Hemsworth stał się gwiazdą filmu i podpisał kontrakt na udział w całej masie innych produkcji Marvela.

liam.jpg

Liam Hemsworth "Ostatnia piosenka"

Liam Hemsworth zaczynał w drugiej australijskiej fabryce gwiazd, czyli serialu "Sąsiedzi". Przed nim pierwsze kroki aktorskie stawiali w nim Guy Pearce, Kylie Minogue i Jesse Spencer. Jego przełomem w Hollywood miała być "Ostatnia piosenka", ale większą popularność dało mu zainteresowanie brukowców niż krytyków i widzów filmowych. Drugi przełom miał nastąpić dzięki "Niezniszczalnym", ale choć aktor pojawił się na planie, w filmie go nie zobaczyliśmy. Sylvester Stallone postanowił wyciąć jego postać z ostatecznej wersji.

Obaj bracia mają zaplanowaną karierę w Hollywood na najbliższe kilka lat. Chris wystąpi w filmach Marvela i w jednej z produkcji o Królewnie Śnieżce. Liam właśnie pojawił się na planie adaptacji "Igrzysk śmierci", wystąpi też w jednym z widowisk inspirowanych "Baśniami z tysiąca i jednej nocy".  Na razie nie widać jednak żadnych perspektyw na bardziej ambitne projekty. A bez tego zostaną jedynie "Worthington wannabe". Kiedy opatrzą się widowni, decydenci z Fabryki Marzeń bez skrupułów wyrzucą ich na śmietnik, gdzie leży wielu przystojniaków i "heartrobów".

Mia Wasikowska – Kasa to nie wszystko

Gdybym miał wskazać jedną osobę, która ma według mnie największe szanse na utrzymanie się w Hollywood, byłaby to właśnie Mia Wasikowska. Mimo młodego wieku i krótkiego stażu w Stanach, potrafiła załapać się do niezwykle różnorodnych produkcji. W okrutnym świecie Fabryki Marzeń radzi sobie chyba lepiej niż Sam Worthington, z którym zagrała w "Zabójcy", choć jej konto bankowe nie jest równie spektakularne.

mia.jpg

Mia Wasikowska "Alicja w Krainie Czarów"

W 2010 roku bez problemów pokonała Worthingtona w walce o box office'ową koronę, grając tytułową rolę w "Alicji w Krainie Czarów". W tym samym roku pojawiła się jednak w niezależnej produkcji "Wszystko w porządku" i choć sama Wasikowska nie była nominowana do Oscara, film był, i to w czterech kategoriach.

W najbliższym czasie Wasikowska, która w Australii nominowana była już kilkakrotnie, będzie mogła udowodnić swój talent grając Jane Eyre, pojawiając się w filmie Gusa Van Santa i produkcji Stevena Spielberga. Nie gwarantuje to oczywiście sukcesu, daje jednak większe możliwości zaistnienia. To trudna droga, ale w przypadku kobiet jedyna, jeśli aktorka nie chce zakończyć kariery wraz z 40. urodzinami.

Teresa Palmer – Wciąż tylko marzenie

Podobną do Wasikowskiej drogą nie podążyła Teresa Palmer, która w Australii debiutowała krótko przed przyszłą gwiazdą "Alicji w Krainie Czarów". W 2006 roku obie były nominowane do nagród Australijskiego Instytutu Filmowego, choć w różnych kategoriach. Utalentowana i do tego ładna Palmer wydawała się mieć otwartą drogę do wielkiej kariery.

klatwa.jpg

Teresa Palmer "Klątwa 2"

Niestety Palmer najpierw związała się z projektem "Jumper", z którego została później wyrzucona, kiedy postanowiono zmienić kształt filmu, a potem zagrała w "Grudge - Klątwa 2". Przy całej życzliwości dla Palmer, jej rola była raczej gwoździem do trumny, a nie przepustką do sławy. Aktorka jednak próbowała dalej. Miała wystąpić w dwóch wysokobudżetowych produkcjach: adaptacji "Ligi Sprawiedliwości" i sequelu "Mad Maxa", ale nic z tego nie wyszło. Oba projekty były zresztą bardziej australijskie niż amerykańskie. Ubiegała się także o rolę dziewczyny w "The Amazing Spider-Man", ale i w tym przypadku poniosła porażkę. Póki co na poczet hollywoodzkich produkcji można zaliczyć "Ucznia czarnoksiężnika" i epizod w "Jestem numerem cztery".

Palmer jest reprezentantką najliczniejszej grupy australijskich aktorek i aktorów, którzy próbują, ale wciąż jeszcze nie przepchnęli się do źródełka. Aktorka zapewne jeszcze z marzeń o karierze nie zrezygnuje, lecz w międzyczasie wraca do Australii, gdzie wystąpi u boku gwiazdy "Królestwa zwierząt" Joela Edgertona.

Nie sposób w jednym tekście wspomnieć o wszystkich australijskich aktorach i aktorkach, którzy próbują obecnie swych sił za oceanem. Wybrałem najbardziej wyraziste przykłady symbolizujące cztery główne drogi, jakimi kroczą Australijczycy w Hollywood. Dlatego też nie wspomniałem o aktorach robiących karierę w serialach ("Chuck", "Czysta krew", "Dr House"). Pominąłem także takich jak Abbie Cornish czy Emily Browning, którzy nie stawiają wszystkiego na jedną kartę i kontynuują (przynajmniej na razie) pracę w kinie australijskim lub też szukają swej szansy w kinie brytyjskim.

zobacz też: