Wg mnie trzeba obejrzeć 2 razy ;]

Oglądając 'Adaptację' za pierwszym razem po ciągłych zmianach czasu, w którym działa się akcja straciłam w końcu rachubę, co było na początku i co czym się wiążę.
Ale nie zraziłam się i obejrzałam film po raz drugi. Wtedy wszystko okazało się być bardziej oczywiste.
Co do samego filmu. Denerowały mnie niektóre teksty i momentami sceny się dłużyły. Dopiero pod koniec zaczyna się coś dziać. Szkoda, że dopiero pod koniec...

1
  • Chyba musisz obejrzeć jeszcze raz, bo i tak wiele nie zrozumiałaś. Końcówki szczególnie.

  • To przeca sam wykładowca z holiłud mówi Cage'owi- nam , że film może być nudny byleby miał zaskakujące, mocne zakończenie. I tak rzeczywiście jest w tym filmie. Najpierw mamy dokładne nakreślenie postaci, a w finale dostajemy akcję i odpowiedź na pytanie: "o co w ogóle chodzi?"

  • jezeli mam drugi raz ogladac film który mi sie nie podobał żeby go lepiej zrozumiec z czym nie miałem aż tak wielkich problemów tyle że mnie troche wynudził to mija sie z celem przyjemnego ogladania filmu wiec odpada taka opcja a fimu drugi raz na bank nie obejrze!

    • użytkownik usunięty

      Niekoniecznie dwa razy.
      Donald to wymysl ( scenariusz nad ktorym pracuje nam o tym mowi)- ktos kim chcial by byc - ale w koncu jego wyobraznia umiera znaczy sie donald i budzi sie prwadziwy on normalny czlowiek. Sam tekst na koncu "stajemy sie tym co kcohamy" odnosi sie do jego cierpienia którą wzial za cnote. Pomysl dobry, trzeba sie skupic aby dostrzec o co biega...Scenariusz opowiada o scenariuszu nad ktorym pracuje Nicolas ktory sam w sobie jest scenariuszem...czy jakos tak. Ale masz racje, pomysl ciekawy wykonanie fatalne tzn pierwsze 40 minut jest ok, wiele ciekawych metafor, dialogow, cytatow,a le druga polowa filmu spizdzona do granic mozliwosci.

  • ogladałam film dwa razy, zrozumiałam go ale i tak nie zmieniło to tego że jest strasznie nudny i przewidywalny...4/10

  • "ADAPTACJA" czwartek, 18.03 20:10 Ale Kino!

    • Czyli realny scenarzysta dostał zlecenie na zekranizowanie książki o
      orchideach, ale nie wiedział jak ma to zrobić. Postanowił więc stworzyć
      postać(Kaufmana), która będzie nim. Za poradą Kaufman wprowadza dodatkowy
      wątek będący fikcją, bo bez niego film by nie powstał. Dla uatrakcyjnienia
      wprowadza do książki siebie i historię swoich wysiłków nad ekranizacją.
      Wprowadzona postać wprowadzi kolejną postać, a ta następną aż do
      nieskończoności. Czy o to chodzi???

      • Dopisuję się do tego wątku bo podoba mi się pomysł z wielokrotnym oglądaniem tego filmu(co dla mnie akurat jest synonimem kultowości,choc jednak nie w tym przypadku).Wieloznaczny tytuł i bardzo inteligentna gra z widzem poprzez mieszanie scen realnych i wyimaginowanych.Fantastyczny pomysł autoironicznego spojrzenia(bez kabotyńskich akcentów,no moze poza przypomnieniem widzowi,że jest się autorem,,,Byc jak John Malkovic") na siebie twórcy(twórców,sic!)scenariusza.Do tego rzetelne aktorstwo.Ogólnie-z szacunkiem do widza!
        Napisac 9/10 to uproszczenie, transparentniej jest REWELACJA.
        Pozostający w zachwycie,esforty

      • Nie. Donald (fikcyjne alter ego Charliego) to ktoś, kim czasem Charlie chciałby być. Wszak Donald jest jego całkowitym zaprzeczeniem - ma śmiałość do kobiet, jest osobą komunikatywną, choć czasem nazbyt ekscentryczną. Czasem chce po prostu iść na łatwiznę i stworzyć klasyczny hollywoodzki scenariusz pełen klisz. Charlie długo walczy o własną artystyczną wizję ale cierpi na tzw. writer's block, czyli kryzys twórczy. W stworzeniu końcówki scenariusza pomaga mu zatem 'guru scenarzystów' McKee.

  • Zgadzam się. Po pierwszym obejrzeniu film mi się spodobał, ale głębszą interpretacją miałem dopiero przy drugim obejrzeniu i wtedy...film okazał się rewelacyjny.

    • 'Adaptacje" po raz pierwszy widziałem kilka lat temu, obejrzenie go po raz kolejny sprawiło mi duża przyjemność. Obraz od razu zrobił na mnie ogromne wrażenie, byłem zachwycony, nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego. Film o pracy scenarzysty, film o pisaniu scenariusza. Jak stworzyć adaptacje książki o kwiatach by powstał dobry film.
      Wyobraziłem sobie Charlie Kaufman'a, któremu wpada w ręce książka dziennikarki, Pani Orlean. "Złodziej Orchidei" okazuje się zupełnie sztampową, pozbawioną finezji historią, jakich wiele, okraszoną jednakże kilkoma sentencjami w stylu:'jesteś tym co kochasz, nie tym co cie kocha" co mogło być jedyną jej wartością. Wyobraziłem sobie Pana Kaufmana nad lekturą tej szmiry i zrozumiałem, by móc przemienić ten tekst na scenariusz filmowy trzeba było wymyślić coś naprawdę odjechanego.
      Okazuje się, że postaci z filmu Spike Jonze'a istnieją naprawdę. Istnieje dziennikarka Susan Orlean pracująca w wydawnictwie New Yorker, istnieje także Pan John Laroche z Florydy, którego przygody z orchideami opisała w artykule a potem w swojej książce. Myślę, że scenarzysta Kaufman jest świetny w tworzeniu wielowarstwowych historii, których wymiary lub osobne elementy nie są metaforyczne, symboliczne ale materialnie zaplatają się ze sobą tworząc ciąg fabuły. Logiczne konstrukcje akcji i treści stanowią o ich wartości. Kreując historie w ten sposób poszczególne jej zdarzenia wkraczają w absurd tworząc tym samym trudności w interpretacji.
      Scenarzysta Kaufman zdecydował, że przedmiotem scenariusza będzie scenarzysta piszący scenariusz. Łatwo sobie wyobrazić, że pisanie o pisaniu może prowadzić do powstania rekurencyjnego obrazu samego siebie. W tym kontekście powątpiewałbym w ten sposób interpretacji obecności Donalda w filmie, która definiuje go jako postać fikcyjną. Swoją drogą nie widać w filmie ani jednego momentu w którym brat Donald miałby być iluzoryczną wizją Charliego. Wielokrotne powtarzanie w interpretacjach jakoby Donald nie istniał może mieć swe źródło w pierwotnych recenzjach filmu, niekoniecznie słusznych.
      Rzeczywisty Charlie Kaufman pisze scenariusz o sobie piszącym scenariusz. W pewnym momencie musi się pojawić problem z czasem i przestrzenią(niemal jak u Einstein'a:)). Przekroczenie progu realne-filmowe może się okazać bardzo trudne a może nawet nieosiągalne. Tutaj zawiłości narastają gdyż oglądany przez widza przebieg wydarzeń układa się w ciąg literackie- realne-filmowe.

      • bardzo ładnie napisane Ianicz. zgadzam się z większością. scenariusz o Kauffmanie piszącym scenariusz :) Świetny pomysł. Uwielbiam też niezwykle pozytywne zakończenie. Nie zgodzę się z tym co ktoś wcześniej napisał, że jest takie jak powiedział McKee. Czyli że film może być nudny byle zakończenie było mocne i zaskakujące. Nie jest takie. Jest przeciwieństwem. Spokojne, z narratorem. Oczywiste. Ale... 'kto by się przejmował tym co powie McKee?' hmmm I like this. this is good. indeed ;)
        Nie zgadzam się też, że postać brata była urojeniem. nie wiem skąd to wytrzasnęliście. W całym filmie nie ma żadnej wskazówki która wskazywała, że Charlie cierpi na schizofrenię. Owszem w rzeczywistości nie ma Donalna, ale.. to nie rzeczywistość. To film ;) Co miała odzwierciedlać postać brata pewnie wie tylko Kauffman. A warto zauważyć jak osobisty jest to film.
        Choć przyznam, że wolę Eternal Sunshine :)

  • Jakbym miał obejrzeć ten film po raz kolejny to wolałbym popełnić Seppuku. Strasznie mnie wymęczył i nie jest to pierwszy raz, kiedy filmy na podstawie scenariusza Kaufmana są dla mnie niestrawne. Jedynie "Być jak John Malkovich" odebrałem dość pozytywnie.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o