Recenzja filmu Thor: Ragnarok (2017)
Taika Waititi

Boska komedia

Nowy "Thor" tak jak jego kuzyni "Strażnicy Galaktyki" odwołuje się do atmosfery kina science-fiction z lat 80. Z powodzeniem łączy CGI oraz praktyczne efekty specjalne, pozwala wyszaleć się ...
Filmweb sp. z o.o.
Seria filmów o Thorze dowodzi, że pomoc przychodzi czasem z najmniej spodziewanej strony. Pod pierwszą częścią cyklu podpisał się Kenneth Branagh, człowiek, który zjadł zęby na adaptacjach Szekspira. Drugą odsłonę nakręcił Alan Taylor - telewizyjny wyjadacz odpowiedzialny m.in. za sukces "Gry o tron". Wydawałoby się, że obaj panowie mają wystarczające referencje, by przenieść na ekran komiks o nordyckim bogu, który dorasta do bycia królem, zmaga się ze spiskującym bratem, a na dokładkę popełnia mezalians. Zarówno "Thor" jak i "Thor: Mroczny świat" przyniosły producentom zyski, ale nie spotkały się z jakimś szczególnym entuzjazmem. Potrzeba było dopiero twórcy małych offbeatowych komedii, by władca piorunów dostał to, na co zasługiwał: świetne kino.

 
Taika Waititi zdjął historię Thora z koturnów. Choć fabuła odwołuje się do nordyckiej legendy o ostatecznej zagładzie świata bogów i ludzi, podniosły ton jest w filmie ledwie wyczuwalny. Jeśli ktoś zaczyna mówić o swoich wewnętrznych demonach, powinnościach albo innych trudnych sprawach, możemy być pewni, że  prędzej niż później skończy się to salwą absurdalnych żartów. Humor w dziele Waititiego rodzi się zazwyczaj na styku powagi i banału. Im bardziej nadęte pozy przybierają bohaterowie, tym szybciej wychodzi z nich małostkowość. Thor okazuje się pyszałkiem i narcyzem, Loki - zakompleksionym cykorem, a Hulk - kiedy tylko zejdą z niego nerwy - złośliwym, rozkapryszonym przedszkolakiem. Te drobne śmieszności sprawiają jednak, że bogowie i herosi wydają się bardziej ludzcy, uroczo zwyczajni. Dobre wrażenie robią również postaci debiutujące w uniwersum Marvela: niewylewająca za kołnierz waleczna Walkiria, przegięty miłośnik kolorowych paznokci Arcymistrz oraz przemawiający głosem samego reżysera kamienny kosmita Korg. Nawet demoniczna Hela - choć jej motywacje są sztampowe - broni się jako czarny charakter dzięki charyzmie Cate Blanchett.


Nowy "Thor" tak jak jego kuzyni "Strażnicy Galaktyki" odwołuje się do atmosfery kina science-fiction z lat 80. Z powodzeniem łączy CGI oraz praktyczne efekty specjalne, pozwala wyszaleć się specom od kostiumów, scenografii i makijażu, w warstwie muzycznej stawia na syntezatory, a także mruga okiem do fanów "Flasha Gordona", "Star Treka" i "Johna Cartera". W korowodzie efektownych obrazów i zdarzeń nie gubią się na szczęście bohaterowie. Paradoksalnie najlepsze sceny w "Ragnaroku" to te, w których Thor wraz z ferajną siedzą i gadają. Dla gwiazdorskiej obsady to okazja, by wykazać się aktorskimi zdolnościami. Chris Hemsworth ponownie okazuje się świetnym komikiem, neurotyczny Mark Ruffalo zachowuje się jak postaci z obrazów Woody'ego Allena, zaś Jeff Goldblum po prostu dobrze się bawi. Gdzieś na uboczu fabuły rozkwita refleksja nad tym, do czego prowadzi obsesyjne pragnienie uznania i poklasku. Film pokazuje, że na szacunek otoczenia zasłużymy tylko wtedy, gdy odważymy się poświęcić dla innych.


Autorski stempel Waititiego najmniej widoczny jest w scenach akcji bazujących do znudzenia na schemacie "huzia na Józia!". Jednak nawet wtedy reżyser potrafi uatrakcyjnić rozwałkę niezłym żartem bądź bezbłędnie dobraną piosenką (Led Zeppelin nigdy za wiele!). Słowem, robi wszystko, abyś, drogi Widzu, wyszedł z kina z szerokim uśmiechem. Trudno wymagać od niego więcej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (381 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry