Recenzja filmu Pół na pół (2017)
Alexandra Leclère

Francuska nijakość

Na "Pół na pół" szkoda czasu, bo to dzieło absolutnie bezpłciowe. Banalna, nieszczególnie zabawna komedia o trójkącie małżeńskim, jakie francuski przemysł filmowy produkuje seryjnie.
Filmweb sp. z o.o.
Zawsze dziwiło mnie, że w badaniach preferencji polskich widzów wychodziło, iż bardzo istotną rolę w decyzji o pójściu lub nie na dane dzieło odgrywa reklamujący je plakat. Po seansie "Pół na pół" zaczynam rozumieć, o co może chodzić. Plakat do filmu jest jednym z najbrzydszych, jakie trafiły do polskich kin od dawna. A nasi dystrybutorzy nas przecież nie rozpieszczają. Ten przyjechał co prawda nad Wisłę z Francji, ale i tak należą się słowa krytyki za to, że nie pomyślano u nas o lepszym. Plakat wybitnie zniechęca do wyprawy do kina -  i faktycznie, na film niespecjalnie warto iść.


Nie dlatego, że "Pół na pół" jest obrazem tragicznie złym, dziełem, z którego nieudolnego wykonania i kulawych pomysłów można się śmiać, nawet oglądając je po raz ósmy. Nie, to nie jest film z półki dzieł Patryka Vegi, "Kac Wawy", produkcji z papieskiej serii z Piotrem Adamczykiem czy "Smoleńska". Na "Pół na pół" szkoda czasu, bo to dzieło absolutnie bezpłciowe. Banalna, nieszczególnie zabawna komedia o trójkącie małżeńskim, jakie francuski przemysł filmowy produkuje seryjnie. Gdyby w muzeum miar i wag ktoś obok wzoru metra i kilograma potrzebował modelowego przykładu francuskiej filmowej nijakości, "Pół na pół" doskonale sprawdziłoby się jako eksponat.

Piszę to, doceniając pewne aspekty filmu. Niektóre z klocków, z których reżyserka i scenarzystka Alexandra Leclère składa swoje dzieło, są wykonane całkiem poprawnie. Z kilku scen można się nawet zaśmiać. Scenariusz i postaci skonstruowane są zgodnie z regułami sztuki. Mieszczańskie, paryskie wnętrza zostały bardzo szykownie dobrane. Podoba mi się niekonwencjonalne rozwiązanie problemu trójkąta, jak i to, że w scenariuszu, który początkowo wygląda jak realizacja męskiej fantazji, twórczyni filmu pozwala upodmiotowić się swoim bohaterkom.


Nie mogę za to znieść forsownej, przerysowanej, wysilonej i manierycznej gry aktorów, zwłaszcza Valérie Bonneton w roli zdradzanej małżonki, oraz kilku postaci drugoplanowych. Nie kupuję słabych dialogów i naprawdę prymitywnego miejscami humoru. Jego gruba, wulgarna dosadność dziwi tym bardziej, że reżyserka obsadza swój trójkąt w świecie ludzi wykształconych. Mąż jest wykładowcą literatury francuskiej, poznajemy go, gdy w uniwersyteckiej auli opowiada studentom o Baudelairze. Żona uczy w klasie skrzypiec w konserwatorium, w łóżku przed snem przegląda partytury i słucha Schuberta, a kochanka prowadzi stylową księgarnię z używanym książkami. Nie wiem, po co sygnalizować te kulturalne pretensje, skoro nic z nich nie trafia do dialogów, a żarty w filmie koncentrują się na wymiotach, erekcjach i innych fizjologicznych czynnościach.

Podsumowując, mamy film, który można obejrzeć bez większego bólu, gdy nie ma się naprawdę nic lepszego do roboty. Dobry na wypełnienie ramówki w telewizji. Trudno mi jednak uwierzyć, by ktoś nie żałował tego, że specjalnie wybrał się na "Pół na pół" do kina. Dlatego trochę nie rozumiem, czemu we Francji film zgromadził liczącą kilkaset tysięcy widzów publiczność. Naprawdę, tę samą historię francuska komedia wielokrotnie pokazała lepiej, zabawniej, przy pomocy bardziej utalentowanych aktorów. Nad Wisłą w hit nie wierzę. Nawet jeśli widownia się znajdzie, to bardzo szybko zapomni, co oglądała – "Pół na pół" nie jest filmem, który może na dłużej pozostać w czyjejkolwiek pamięci.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby