Recenzja filmu Rambo: Pierwsza krew (1982)
Ted Kotcheff

Bóg jest miłościwy. Rambo nie...

Lata 80. to czasy, kiedy na ekranach większości telewizorów królowali umięśnieni herosi, którzy uzbrojeni po zęby w pojedynkę rozprawiali się z całymi armiami przeciwników. Nikolai w "Czerwonym ...
Filmweb sp. z o.o.
Lata 80. to czasy, kiedy na ekranach większości telewizorów królowali umięśnieni herosi, którzy uzbrojeni po zęby w pojedynkę rozprawiali się z całymi armiami przeciwników. Nikolai w "Czerwonym skorpionie", Braddock w "Zaginionym w akcji" czy John Matrix w "Komando" to role, dzięki którym popularność zdobyli Dolph Lundgren, Chuck Norris czy wreszcie były gubernator stanu Kalifornia Arnold Schwarzenegger.

Jednak na samym początku był John Rambo, bohater powołany do życia przez Davida Morrella w powieści "Pierwsza krew". Książka, która bardzo szybko znalazła się na liście bestsellerów, zainteresowała oczywiście producentów filmowych i w 1982 roku na ekranach kin pojawiła się pierwsza część "Rambo" – serii, która obok "Rocky" uważana jest dziś za jedno z największych dokonań w karierze Sylvestra Stallone'a.

Obraz cieszył się ogromną popularnością nie tylko w Stanach, ale na całym świecie, również za żelazną kurtyną. W Polsce film można było obejrzeć na zjechanych najczęściej kasetach wideo, które kupowało się bądź wymieniało na Skrze i bazarze Różyckiego.

Ja również, podobnie jak zdecydowana większość moich kolegów z podstawówki, fascynowałem się przygodami Johna Rambo. Kiedy po podwórku biegaliśmy z plastikowymi karabinami czoła mieliśmy obowiązkowo przepasane jakimiś chustami czy paskami. Największym marzeniem każdego z nas było posiadanie takiego samego noża, jak John Rambo – z wielkim, ząbkowanym ostrzem i odkręcanym kompasem kryjącym schowek na najpotrzebniejsze rzeczy. Udało się to tylko jednemu z nas. Kolega, który miał rodzinę zagranicą otrzymał taki nóż w prezencie na urodziny, dzięki czemu jego pozycja wśród podwórkowej braci wzrosła bardzo wysoko. Ponieważ chłopak miał naturę biznesmena chętnie pożyczał na kilkanaście minut swój skarb, ale w zamian życzył sobie użyczenia mu na cały dzień modnej w owych czasach gry elektronicznej (pamięta ktoś jeszcze rosyjskie egzemplarze z wilkiem, zającem i jajkami?).

"Pierwsza krew" jest filmem ważnym również dlatego, że zainteresował opinię publiczną tematyką wojny w Wietnamie i jej weteranów. Oczywiście, nie był to pierwszy obraz poruszający ten problem. Wcześniej powstały m.in. głośne "Łowca jeleni" Michaela Cimino, "Powrót do domu" Hala Ashby'ego czy typowo sensacyjny "Rolling Thunder" według scenariusza Paula Schradera. Jednak dopiero "Pierwsza krew", mimo iż krytycy raczej nie pochwalali filmu, zdobyła tak ogromną popularność.

Bohaterem filmu jest weteran wojny wietnamskiej John Rambo, który siedem lat po powrocie z frontu przyjeżdża do niewielkiego miasteczka z zamiarem odwiedzenia dawnego towarzysza broni. Na miejscu popada jednak w konflikt z lokalną policją, której szeryf (Brian Dennehy) daje bohaterowi do zrozumienia, że nie jest tu mile widzianym gościem. Kiedy mimo ostrzeżeń John Rambo decyduje się odwiedzić miasto, zostaje aresztowany i odstawiony do miejscowego komisariatu. Dręczony przez policję weteran w końcu wybucha i ucieka oprawcom w kierunku znajdującego się niedaleko lasu. Za nim wyruszają policjanci i członkowie Gwardii Narodowej. Nie wiedzą jednak, że człowiek, z którym zadarli, jest jednym z najlepiej wyszkolonych żołnierzy w oddziałach Zielonych Beretów.

Z dużym sentymentem obejrzałem "Pierwszą krew", która ukazała się w Polsce po raz pierwszy na DVD w serii QDVD. Mimo upływu lat film niespecjalnie się zestarzał. Historia w nim opowiedziana nadal wciąga, muzyka Jerry'ego Goldsmitha cały czas jest wspaniała, a Sylvester Stallone wiarygodny w swojej roli. Co prawda teraz, z perspektywy człowieka, który ma już swoje lata i bogatszego o setki obejrzanych filmów dostrzegam w "Pierwszej krwi" rażące błędy, ale nie wpływają one znacząco na przyjemność płynącą z oglądania filmu. Walkę Johna Rambo z policjantami w lesie skąpanym w ulewnym deszczu, w których prześladowcy wpadają w misternie porozstawiane przez komandosa pułapki nadal ogląda się z zapartym tchem, a scena, w której bohater skacze z wysokiego klifu na rosnące kilkanaście metrów niżej drzewo, przeszła już chyba do historii (podobnie jak późniejsze samodzielne zszywanie poszarpanego ramienia :)).

Jedyne do czego można się przyczepić to zakończenie. Od momentu, kiedy Rambo wpada do miasta i wysadza stację benzynową, napięcie wyraźnie spada. Również finałowa scena, w której bohater wygłasza przydługi monolog na temat losów weteranów wojennych ze względu na swoją schematyczność nie wzbudza już takich emocji jak kiedyś. Jednak mimo tych niedociągnięć "Pierwsza krew" to nadal kawałek ciekawego i dobrze zrealizowanego kina akcji.

Jak przystało na serię QDVD wydanie filmu prezentuje się nieźle. Zapakowana w kartonowe etui płytka nieźle prezentuje się na półce. Na krążku oprócz obrazu znajdziemy dodatkowo tekstowe informacje na temat twórców filmu, dwa zwiastuny promujące tę produkcję oraz trailery kolejnych tytułów, które ukazały się bądź ukażą w serii QDVD. To niestety niewiele.

Film obejrzeć możemy z polskim lektorem (DD 5.1) oraz polskimi napisami. Podobnie jak w przypadku poprzednich tytułów wydanych w serii QDVD na płycie umieszczono także ścieżkę dźwiękową w formacie DTS ES. Niestety, nie uniknięto jednego może nie tyle poważnego, co irytującego błędu. Na oryginalnej ścieżce dźwiękowej DD 5.1 dialogi nie zawsze są dokładnie zsynchronizowane z obrazem i niekiedy odrobinę wyprzedzają ruchy ust bohaterów. Najwyraźniej widać to w scenie 10., w której szeryf spotyka po raz pierwszy pułkownika Trautmana.

Jeżeli ktoś z was nie miał okazji zapoznać się jeszcze z przygodami Johna Rambo, teraz ma okazję to zrobić. Serdecznie namawiam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (115 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o