Recenzja filmu Mgła (2005)
Rupert Wainwright

Mgła

Długo czekałem na ten remake. Przeczytałem o nim wiele niepochlebnych opinii i nie spodziewałem się po nim niczego dobrego. Moje podejrzenia sprawdziły się. A zamęczyłem się tym bardziej, że ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mgła (2005)
Długo czekałem na ten remake. Przeczytałem o nim wiele niepochlebnych opinii i nie spodziewałem się po nim niczego dobrego. Moje podejrzenia sprawdziły się. A zamęczyłem się tym bardziej, że obejrzałem wersję reżyserską.

Fabuła filmu zachowała się w stosunku do oryginału w niewielkim stopniu. W miasteczku Antonio Bay przed laty zginęła załoga i pasażerowie żaglowca Elisabeth Dane. Teraz ci pierwsi powracają, by się zemścić. Taki jest główny motyw, ale reszta przedstawia się zupełnie inaczej.

Akcja nie rozgrywa się w ciągu jednego dnia, lecz kilku. Relacje między bohaterami są nieco inne niż w pierwowzorze. Elisabeth nie jest autostopowiczką, lecz dziewczyną Nicka (właściwie była nią jeszcze przed rozpoczęciem właściwej akcji filmu) i pojawia się, podobnie jak Andy, dość późno. Jakby tego było mało, dowiadujemy się, że spiskowcami i zarazem założycielami miasta (a dokładnie czterech) to przodkowie nie tylko Ojca Malone, ale także Nicka, Elisabeth (która w dodatku nie nazywa się Solley, lecz Williams i jest córką Kathy) i (pożal się Boże) Stevie. Statku nie zwiedziono ku skałom za pomocą fałszywego ognia, lecz go spalono, wraz z kobietami i dziećmi.

Jakie więc zastosowanie ma tytuł filmu? Chciałbym się tego dowiedzieć, lecz raczej nie jest mi to dane. Co do Stevie Wayne, to jest ona dużo młodsza. Co prawda ma syna, ale w latarni zachowuje się jak wyrośnięta nastolatka. Na Sea Grass kumple Nicka urządzają sobie imprezkę z seksem, mgła zaś rzuca nożami i kładzie trupem trzy osoby (jeden z kumpli wchodzi do chłodni i cudem przeżywa). To Elisabeth znajduje dziennik i chce coś zrobić, ale Ojciec Malone odmawia jej pomocy. Mgła zderza samochód Stevie z drugim autem i tym samym spycha go z urwiska do oceanu, a ta, jak superheroska, wypływa. Andy zaś to zwykły (do tego - pożal się Boże - rudy) baran, który pcha się w szpony śmierci, a Kathy Williams pojawia się tylko na chwilę. Byty mnożone są ponad potrzebę, napięcia brak, muzyka nie do zniesienia, jak zresztą wszystko pozostałe. Aktorzy ani trochę się nie postarali, aby ze swoich postaci coś wykrzesać. A to niedobrze, bo niejeden z nich ma swoich zagorzałych fanów (choć ja osobiście się do nich nie zaliczam). Miałem nadzieję, że grająca Stevie Selma Blair da popis swojej klasy aktorskiej, ale ta nadzieja się nie spełniła. Te oraz wiele innych wad dopełniają fatalne efekty specjalne oraz w ogóle wszystko.

Jeśli spytać, czy można doznać specjalnych wrażeń, oglądając ten film, to moja odpowiedź brzmi: trafiliście pod zły adres. Wszystko, co jest dobre w oryginale, tego ten film nie ma. Wainwright wykorzystuje w nim dziesiątki ogranych schematów. Scenarzysta Cooper Layne wepchnął wiele rozśmieszających scen, a wśród nich ten, w których ludzie giną. Chodzi mi tu zwłaszcza o śmierć synoptyka (płonący kościotrup krzyczy) i Ciotki Connie, która tutaj pojawiła się na miejsce Pani Kobritz (duch ukryty w zlewie trzyma ją za dłoń, a ta po chwili zamienia się w kościotrupa i zdycha). Te momenty zgonów wywołują śmiech, zamiast strachu. Zamiast wzbudzić w widzu lęk i uczucie grozy, potrafią jedynie doprowadzić do śmiechu lub zobojętnienia. Szczególni nietrafne okazały się te z retrospekcją. Wypadły na wskroś komicznie.

Fragmenty wyraźnie wykorzystujące motywy z oryginału, również śmieszą. Najlepszym tego przykładem jest moment, w którym trup wstaje i zbliża się do Elisabeth. Gdzie w tej scenie napięcie? Odpowiedź jest prosta: nigdzie. Twórcy zaś próbowali ponadto powiększyć je (?) za pomocą muzyki, która wrażenia nie robi. Tak więc efekt minął się z celem. Film potrafi zaskoczyć, ale tylko tym, jak kiepsko został zrobiony. Nie ulega wątpliwości, że nakręcono go jedynie dla zarobku. I tutaj szczególnie trapi mnie jedna rzecz: jak John Carpenter i Debra Hill mogli przyłożyć ręce do tej produkcji? I czy końcowy napis "In loving memory of Debra Hill" to nie profanacja?

Podsumowując: remake klasyku Carpentera jest nic niewarty i nadaje się tylko dla ludzi nieznających się na kinie grozy i o niewyrobionych gustach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 13% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
Shiloh
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o