Recenzja filmu Mgła (2005)
Rupert Wainwright

Nowy pies na bazie starego

Na wstępie chcę zaznaczyć, że filmów o polskim tytule "Mgła" jest co najmniej o dwa za dużo. Na początek wybiorę z tej dwójki łatwiejszy cel, czyli "The Fog" - remake filmu Carpentera. Cel niby ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mgła (2005)
Na wstępie chcę zaznaczyć, że filmów o polskim tytule "Mgła" jest co najmniej o dwa za dużo. Na początek wybiorę z tej dwójki łatwiejszy cel, czyli "The Fog" - remake filmu Carpentera. Cel niby łatwiejszy, ale ciężko oddać efektowny strzał. Krytykować ten film, to jak strzelać z bazooki do leżącego na poboczu rozjechanego kota.

Od razu wyjaśnię jedną rzecz: stara, Carpenterowska "Mgła" w miarę mi się podobała. Jednak ciężko nie dostrzec, że miała parę problemów - ponad pół filmu nudne jak patrzenie na schnącą farbę, bohaterowie, których tylko matka mogłaby polubić, a Jamie Lee Curtis już wtedy wyglądała jak stara baba, równie atrakcyjna seksualnie, co wysuszony kartofel. Niemniej film oglądało się, odkrywając historię miasta, zdrady i statku pełnego trędowatych - więc można było znaleźć w tym wszystkim przyjemność z poznawania nowej opowieści. Kiedy ktoś oglądał oryginał, remake musi w jakiś sposób nadrobić straty wynikające ze znajomości intrygi i zakończenia.

Krótko mówiąc - "The Fog" (Anno Domini 2005) strat nie nadrabia, mało tego, łapie mnóstwo punktów karnych. Ale najpierw kilka słów o fabule.

Niewielkie, nadmorskie miasteczko. Bohaterowie: właściciel kutra, jego afroamerykański pracownik, laska prowadząca lokalną rozgłośnię radiową, jej synek, blondi - partnerka właściciela kutra, która pół roku przed początkiem filmu wyjechała bez pożegnania do Nowego Jorku. Właścicielowi kutra przez pół roku trochę zbrzydł onanizm, więc zaczął interesować się laską od rozgłośni. Fabularnie wygodny zbieg okoliczności: blondi wraca do miasta akurat wtedy, gdy kotwica kutra wyrywa z dna morskiego jakieś śmieci, które lądują na plaży, gdzie znajduje je miejscowy dziwak. Dziwak spotyka blondi na ulicy i daje jej znaleziony w śmieciach zegarek kieszonkowy, uprzedzając dziewczynę, że jeśli dotknie chronometru, wszystko się zmieni. Blondi kładzie paluchy na kopercie, zegarek zaczyna tykać i na razie nie dzieje się nic więcej. Potem na morzu pojawia się mgła, zmierzająca ku lądowi pod wiatr, we mgle pływa coś jakby stary żaglowiec, mgła otula stojący na kotwicy kuter - na którym odbywa się imprezka z udziałem wspomnianego wyżej pracownika, białasa i dwóch panienek - poza pracownikiem wszyscy giną, na drugi dzień blondi poszukuje informacji o symbolach wygrawerowanych na zegarku, a wieczorem mgła znowu atakuje. Młodzi mieszkańcy miasteczka przekonują się, że chlubna historia czterech fundatorów miasta - których są w prostych liniach potomkami - aż tak chlubna nie jest, a to, co w owej historii niechlubne i trędowate, dokonuje zemsty zza grobu, z motywacją na zasadzie "grzechy ojców przechodzą na dzieci". Proszę, praktycznie całą intrygę da się opowiedzieć w pięciu zdaniach. No dobrze, w sześciu.

"Mgła" jest po prostu zła. Jednak nie jest zła na sposób Tarantinowskiego "Grindhouse" (gdzie ten efekt był zamierzony), nie jest zła na sposób "Manos: The hands of fate" (gdzie ten efekt powstał wskutek kosmicznej nieudolności twórcy, a w sumie wyszło coś zabawnego), nie jest zła na sposób Eda Wooda, czy Uwe Bolla (którzy mimo swej niekompetencji dają czasem odczuć, że lubią swoją pracę i przynajmniej się starają). Jest zła na sposób remaku. Jest zła, bowiem została zrobiona na zlecenie księgowych - a liczykrupa nigdy nie pozwoli ponieść ryzyka. Film jest grzeczny, poprawny politycznie, upiornie przewidywalny, nie wnosi do starej historii nic nowego. Bohaterowie są boleśnie przeciętni i praktycznie nic między nimi się nie dzieje, ot, facet ma lekkie pretensje do dziewczyny o to, że wyjechała do Nowego Jorku, ale jedna sesja seksualna - pokazana tak, żeby nawet siedmiolatki mogły obejrzeć ją bez lęku o obalenie mitu o bocianie - załatwia sprawę. Czy film straszy? Ciężko stwierdzić, rozsądny dorosły człowiek na ogół nie boi się scen z filmu fabularnego - ale mogę bez żadnego ryzyka ocenić, że weterana starej "Mgły" remake z pewnością ani przez sekundę nie trzyma w napięciu. Do tego w oryginalnej "Mgle" fabuła miała jakiś sens - zemsta musiała się dokonać na zasadzie "oko za oko". Tutaj ktoś dokonał paru modyfikacji i zakończenie za grosz nie trzyma się kupy. Że o motywie z "dotykaniem zegarka" jako zapalnikiem całej historii nie wspomnę - jeśli mnie pamięć nie zawodzi, w oryginalnej wersji zemsta zwyczajnie nastąpiła w setną rocznicę zdrady, tutaj jest idiotyczne abrakadabra, do tego z jakiejś niesprecyzowanej przyczyny przewidziane przez grzebiącego w plażowych śmieciach dziwaka.

Podsumowanie jest następujące: wyobraźcie sobie, że dawno temu mieliście psa. Owszem, za głośno ujadał, sikał na buty, śmierdział i był zapchlony, ale w sumie go lubiliście. A teraz przesuńcie zegar o jakieś dwadzieścia lat naprzód. Ktoś wykopuje z waszego ogródka przegniłe truchło, wypycha je sianem, z lekka czyści resztki skóry opinającej spróchniały szkielet, wstawia do czaszki niedopasowane, szklane oczy - po czym sprzedaje wam psa jako "nowego, na podstawie takiego, jakiego już kiedyś mieliście". Właśnie taką ekshumowaną padliną jest dwudziestopierwszowieczna "The Fog".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)