Recenzja filmu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016)
Paolo Genovese

Ryzykowne gry

Artystycznemu poziomowi dzieła Genovese nie robi krzywdy nawet trybut płacony przez reżysera konwencji farsowej. Choć fabuła gna do przodu na łeb na szyję, a charakterystyka każdego z siedmiu ...
Filmweb sp. z o.o.
"Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" to film, który oglądacie na własną odpowiedzialność. Istnieje niebezpieczeństwo, że jego seans skłoni Was do zerwania przyjaźni, zakończenia związku, a nade wszystko pozbycia się swojego smartfona. Wszystko dlatego, że reżyser Paolo Genovese wziął sobie chyba do serca słowa nieocenionego Jepa Gambardelli z "Wielkiego piękna": "Nie chciałem być tylko gościem na przyjęciach, chciałem mieć moc, która pozwoli mi je zniszczyć". "Dobrze się kłamie…" stanowi sugestywną wizję takiego właśnie "zniszczonego przyjęcia" – miłego spotkania towarzyskiego, które na naszych oczach zamienia się w festiwal wzajemnych oskarżeń i pretensji.


Myli się jednak ten, kto oczekiwałby po włoskim filmie gorzkiej powagi rodem z "Burzy lodowej" Anga Lee. Wbrew pozorom, dzieło Genovese ma też niewiele wspólnego z podszytą mizantropią satyrą w stylu Ulricha Seidla czy Todda Solondza. Inaczej niż wspomniani filmowcy, Włoch pastwi się nad swymi, pełnymi hipokryzji, bohaterami tylko po to, by ostatecznie rozgrzeszyć ich i wziąć w obronę. Tego rodzaju strategia niosła za sobą pewne ryzyko, bo łatwo mogła sprowokować oskarżenie twórcy o zbytnią zachowawczość. "Dobrze się kłamie…" robi jednak wrażenie jednego z filmów, w których pozorne pójście na łatwiznę w praktyce okazuje się działać na korzyść opowiadanej historii.

Artystycznemu poziomowi dzieła Genovese nie robi krzywdy nawet trybut płacony przez reżysera konwencji farsowej. Choć fabuła gna do przodu na łeb na szyję, a charakterystyka każdego z siedmiu głównych bohaterów pozostaje ledwie szkicowa, "Dobrze się kłamie…" ani przez moment nie staje się filmem płaskim, wulgarnym i pozbawionym ambicji. Włoski film zwraca uwagę choćby za sprawą kilku przenikliwych obserwacji na temat natury współczesnych związków. Genovese portretuje charakteryzujący jego postacie egoizm. Sportretowani w "Dobrze się kłamie…" przedstawiciele włoskiej burżuazji wierzą, że dążenie do indywidualnego szczęścia usprawiedliwia tendencję do oszukiwania partnerów. Nie przez przypadek do popełniania "małych zbrodni małżeńskich" bohaterowie używają zresztą najnowszych zdobyczy techniki. Reżyser celnie diagnozuje paradoks, zgodnie z którym aplikacje i gadżety powstające teoretycznie po to, by dać swym użytkownikom wolność, w rzeczywistości działają na nich silnie uzależniająco.


Na szczęście, jak się rzekło, Genovese opiera się pokusie natrętnego moralizowania. "Dobrze się kłamie…" jest najciekawsze wtedy, gdy  jego twórca podaje w wątpliwość sens postępowania postaci, które – pod wpływem lekkomyślnego impulsu – wyjawiają bliskim pilnie strzeżone sekrety. Zdradzenie prawdy o sobie jest może i czynem wartościowym etycznie, ale bynajmniej nie przynosi katharsis ani nie prowadzi do uzdrowienia wzajemnych relacji. Czyżby zatem film Genovese był w rzeczywistości głosem w obronie wszystkich tych niedomówień, drobnych kłamstewek i kompromisów pozwalających nam osiągnąć porozumienie z drugim człowiekiem? Czy możliwe jest, że włoski twórca podpisałby się pod zabawnym aforyzmem, który przed kilkoma laty pojawił się w "Niedźwiadku" Jana Hrebejka: "Dobrze jest znać prawdę i śpiewać o prawdzie, ale jeszcze lepiej jest znać prawdę i śpiewać o śliwkach"? Umiejętność przemycenia tych ważkich pytań pod płaszczykiem bezpretensjonalnej komedii stanowi najważniejsze świadectwo klasy reżysera. Przy okazji tłumaczy również, dlaczego film, który wcześniej zdobył masową popularność we Włoszech, zdołał jednocześnie zachwycić wybredną publikę festiwalu Nowe Horyzonty.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (155 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)