Recenzja filmu Wojna o planetę małp (2017)
Matt Reeves

Z tej małpy będą ludzie

Kiedy Matt Reeves po raz drugi został poproszony o kontynuowanie, po "Genezie" zapowiadającej się obiecująco, sagi o małpach, wiadomym stało się, że reżyser stworzy blockbuster różny od ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy Matt Reeves po raz drugi został poproszony o kontynuowanie, po "Genezie" zapowiadającej się obiecująco, sagi o małpach, wiadomym stało się, że reżyser stworzy blockbuster różny od standardów współczesnego kina rozrywkowego. Uczuciowe podejście Reevesa znowu wzięło górę, co fanów klimatycznej "Ewolucji Planety Małp" niewątpliwie usatysfakcjonuje. Ceniący sobie efekciarskie kino akcji widzowie, mogą jednak poczuć zmęczenie seansem, który mimo pilnego realizowania założenia tytułowej wojny, wymaga zagłębienia się w losy bohaterów, a tych intencje bez odpowiedniej postawy i próby utożsamienia, mogą zwyczajnie być niezrozumiałe.

"Wojna o planetę małp" już po pierwszych minutach zapowiada opowieść emocjonalną, gdy do akcji filmu włączony zostaje motyw rodziny. Niemal natychmiast niesie on za sobą fabularny przełom, a tego następstwa stanowić będą fundament, na którym oprze się historia. Wszystko jednak dzieje się na tyle szybko, by widz poczuł się zdezorientowany. Matt Reeves jakby bez odpowiedniego przygotowania widza, o którego wrażliwość toczy się walka, jedynie nakreśla charaktery członków rodziny, co nie pozwala na pełne podzielenie losów Caesara, tudzież wizji reżysera.

Po dynamicznym wprowadzeniu, historia zostaje zarysowana, ale jej tempo znacznie zwalnia, co potęguje apetyty widza oczekującego na właściwą wojnę, innymi słowy powiedzenie "cisza przed burzą" nabiera praktycznego znaczenia. Wydaje się to rozsądnym zagraniem Reevesa, który prowadzi widza przez film w sposób inteligentny, dawkując motywy batalistyczne z subtelnymi scenami drogi.

Wolne rozwinięcie niesie za sobą jawiące się na ekranie plenery, a wkrótce też wprowadza nowe postacie. Obecność Novy w filmie, jasnowłosej niemowy wykreowanej przez Amiah Miller, zdaje się jednym z ekscesów reżysera, który za wszelką cenę chce posłodzić skomplikowaną rzeczywistość pochłoniętej wojną planety. Mała bohaterka to nic więcej, jak ozdoba filmu, której dziecięca bezbronność stanowi kontrast dla żołnierzy o niezłomnych i bezlitosnych charakterach. Nie ma jednak powodów, by surowo oceniać Novę. Choć rola dziewczynki w niewielkim stopniu wpływa na historię "Wojny", to należy oddać bohaterce bezprecedensowo miły dla oka promyk światła, który wnosi, gdy opowieść nabiera coraz ciemniejszych barw.

W filmowej obsadzie znalazł swoje miejsce również Steve Zahn, który z kolei inicjuje motyw komiczny. Ten, całe szczęście, ograniczony do kilku scen, mieści się w granicach  rozsądku i nie ukłuje w oczy widzów nastawionych na kino poważne, a przynajmniej ucieszy tę mniej zaangażowaną w losy Caesara część publiczności.

Jedną z jaśniejszych stron "Wojny o planetę małp" stanowi postać Pułkownika, a w tej roli udany występ zalicza Woody Harrelson, który kreuje bohatera, przede wszystkim, wiarygodnego. Reeves miał znakomity pomysł na antagonistę, którego działania motywowane są rozumną ideą, a ta w kontekście skomplikowanej przeszłości, nadaje całej sytuacji niebanalnego charakteru.

"Wojna o planetę małp" to widowisko w głównej mierze skupiające się  na przeżyciach bohaterów. Choć seria pochwalić się może świetnym, innowacyjnie wykorzystanym CGI, to zdaje się, że już od momentu, gdy pracę nad pierwszym filmem sprawował Rupert Wyatt, to nie efekty specjalne stanowić miały kluczowy atut serii, a jej moralizatorski, skoncentrowany na losie postaci, charakter. 

Reeves zakończył trylogię tak, jak było trzeba – z polotem, ale bez zbytecznej spektakularności. I mimo licznych niedoskonałości "Wojny", chwała mu za to.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Mr_G_
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)