Radziecki system kontra seryjny morderca

  • recenzja kinowa Obywatel X (1995)
"W Związku Radzieckim nie ma seryjnych morderców. To jest dekadencki fenomen Zachodu". Właśnie takimi słowami sowiecka władza reaguje na wieść, że w Rostowie i jego okolicach grasuje seryjny morderca, którego ofiarami najczęściej padają dzieci poniżej siedemnastego roku życia. Za pośrednictwem pułkownika Mikhaila Fetisova do odnalezienia zabójcy zostaje zaangażowany lekarz sądowy Viktor Burakov. Przez wiele lat musi walczyć z systemem, biurokracją, brakiem profesjonalizmu i niekompetencją władz. "Obywatel X" to historia śledztwa prowadzonego przez Burakova w celu złapania Andrieja Czikatiło, zwanego Rzeźnikiem z Rostowa, który w latach osiemdziesiątych prowadził morderczą działalność, a jego licznik ofiar przekroczył liczbę 50.

Film Chrisa Gerolmo nie jest typowym obrazem skupiającym się na działalności seryjnego mordercy. Nie mamy zbyt szczegółowo przedstawionych zabójstw, a poza przedstawieniem opinii doktora psychiatrii reżyser nie zagłębia się w to, w jaki sposób Czikatiło stał się potworem. "Obywatel X" skupia się przede wszystkim na śledztwie, a w zasadzie na braku odpowiedzialności i niekompetencji jaką wykazała się rosyjska władza. Sprawa była prowadzona po macoszemu, starano się przede wszystkim zataić fakty przed opinią publiczną, a także Zachodem. Milicja była skupiona głównie na chorych psychicznie i przestępcach seksualnych, którzy na skutek brutalnych przesłuchań przyznawali się do czynów, których nie popełnili.
W ten sposób Rzeźnik z Rostowa pozostawał bezkarny, a rosyjski organ ściągania co jakiś czas znajdował nowe ciało ukryte w lesie. Czikatiło mordował przede wszystkim osoby młode i bezbronne, które wynajdował na dworcach kolejowych i autobusowych. Swoje ofiary najczęściej zabierał do lasu, gdzie pomimo swojej impotencji próbował wykorzystać seksualnie. Z braku możliwości osiągnięcia orgazmu wpadał w furię, co skutkowało zadźganiem ofiary na śmierć (wtedy też następowało spełnienie seksualne). Czikatiło często odgryzał i zjadał niektóre fragmenty ciała swoich ofiar. Rzeźnik z Rostowa był osobą okrutną i zasłużył na śmierć – co do tego nie ma wątpliwości. Zresztą przed swoją egzekucją stwierdził, że każdy kawałek jego mózgu powinien zostać zbadany, aby w przyszłości nigdy nie było kogoś takiego jak on. Te słowa świadczą o tym, że Czikatiło był świadom swoich zbrodni i nie usprawiedliwia go nawet choroba.
Poza samą historią - jakże interesującą i wstrząsającą, tym bardziej, że jest ona opowiedziana na podstawie prawdziwych wydarzeń - obraz Gerolmo zachwyca swoim niepokojącym klimatem. Związek Radziecki lat osiemdziesiątych, stare samochody, zaniedbane kamieniczki, wielkie plakaty z Leninem na murach, wszechogarniająca szarość i smętni ludzie. To właśnie te elementy pomimo braku jakichś okrutnych scen morderstw sprawiają, że film jest taki mroczny i wieje od niego grozą. Burakov i Fetisov zamiast walczyć ze złem wcielonych (czytaj Czikatiło), najpierw muszą stoczyć wiele bitew z systemem i władzą, która za cholerę nie chce przyznać się do swojej ignorancji.

Grzechem, a w zasadzie zbrodnią byłoby, gdybym nie poświęcił oddzielnego akapitu odtwórcom głównych ról. Stephen Rea i Donald Sutherland – kolejno Victor Burakov i Mikhail Fetisov –  tworzą bardzo wiarygodne kreacje, które zapadają w pamięć widzowi. Główni bohaterowie to ludzie, którym kibicuje się od początku do samego końca. Z czasem, ich relacje czysto zawodowe przeradzają się w przyjaźń. Rea wyśmienicie wypada w roli lekarza sądowego rzuconego na głębokie wody. Ciężko na jego twarzy znaleźć uśmiech, jest to bardziej twarz człowiek zmęczonego ciągłą walką z biurokracją. Jego jedyną nadzieją i podporą jest Sutherland, od którego bije jakaś pozytywna energia. Wyróżnić trzeba także jeszcze jedno nazwisko – Max von Sydow. Co prawda on pojawia się na ekranie raptem na kilkanaście minut, ale jego wejście jest niesamowite. Charyzma i siła głosu sprawiają, że nawet wyżej wymieniona dwójka na te kilka chwil staje się strasznie malutka. Jeffrey DeMunn, czyli filmowy Czikatiło w tym przypadku przy tej trójce wypada blado – nie jest to jednak jego wina, a scenariusza, który w dużej mierze traktuje jego postać po macoszemu i nie daje mu dużego pola do popisu.

"Obywatel X" to strasznie intrygująca opowieść o okrutnym zbrodniarzu, który przez wiele lat umykał rosyjskim władzom. Mroczna atmosfera, od której niejednemu włosy staną dęba, i znakomite aktorstwo to główne atuty tego filmu. Jeśli interesuje was historia Czikatiło z innej perspektywy, to warto zapoznać się także z "Mordercą ze Wschodu", w którym w seryjnego mordercę wciela się sam Malcolm McDowell.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).

komentarze

pozostało 255 znaków
  • aklekot

    Recenzja Ok :) Pisz więcej :) Osobiście, film jak najbardziej polecam. Nie jest to arcydzieło, ale warto zobaczyć. Podkreśliłeś konsekwentną scenografię. Zgadzam się w pełni, a nawet dodam, że z mojego punktu widzenia (raczej dyletanta, gdyż nie byłem nigdy oficerem rosyjskiej milicji), taka jakość w amerykańskim filmie jest rzadko spotykana. Czy oprócz glocka ktoś zauważył poważną wpadkę? Twórcy musieli mieć bardzo kompetentnego doradcę do spraw sowieckich realiów :) Na koniec mała refleksja. Gdyby Czikatiło mordował w Polsce, to w ramach amnestii zamieniono by mu wyrok śmierci 25 la więzienia i właśnie na dniach wychodziłby na wolność, jak Trynkiewicz i paru innych potworów.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true