Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Philip+Seymour+Hoffman+%281967-2014%29-102328
Michał Oleszczyk
(ur. 1982) - krytyk filmowy i tłumacz; wykładowca na wydziale "Artes Liberales" Uniwersytety Warszawskiego, dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Philip Seymour Hoffman (1967-2014)

  • Filmweb
  • Artykuł
Kiedy Philip Seymour Hoffman pojawiał się na ekranie, wiedzieliśmy, że pojawił się na ekranie. Na tym polega star quality.

Najpierw Gandolfini, teraz Hoffman. Nie ma już z nami najbardziej podziwianych amerykańskich aktorów średniego pokolenia – dwóch potężnych facetów, niby niepięknych, a jednak pociągających, których pojawienie się na ekranie było równoznaczne ze znakiem jakości. Niewiele jest obecnie aktorskich nazwisk przed pięćdziesiątką, cieszących  się szacunkiem tak całkowitym i niekwestionowanym. Wczorajsza druzgocąca wiadomość o śmierci z przedawkowania rozniosła się piorunem po Facebooku, pozbawiając kino światowe jednej z najjaśniejszych – i nietypowych zarazem – gwiazd.

Clipboard01.jpg


Hoffman zagrał heroinistę w "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz", późnym arcydziele Sidneya Lumeta, w którym aktor przypominał bolejącą kulkę nabiegłej krwią materii – w pierwszej scenie kochał się z Marisą Tomei, upewniając się w lustrze, że nie śni i że piękna kobieta naprawdę go chce. Późniejsze sceny narkotykowego stuporu, przeplatane furią nieudolnego przestępcy, pokazywały, jak wielkie pokłady emocji drzemały w tym aktorze, którego warunki pozornie skazywały co najwyżej na role charakterystyczne – przede wszystkim dewiantów, onanistów i fajtłap (w wybitnych "Boogie Nights" i "Happiness" Hoffman grał przecież w zgodzie z takim emploi). Pełne świadectwo tej niezmierzonej siły, uchwycone w jednym nieruchomym ujęciu, przyszło pod koniec jego kariery, kiedy to w "Mistrzu" Paul Thomas Anderson kazał Joaquinowi Phoenixowi szaleć w jednej więziennej celi, a Hoffmanowi stać niczym skała w sąsiedniej. Lewa strona ekranu to zwierzęce delirium, prawa to mózgowa emigracja wewnętrzna – pretensjonalny zabieg, ale to geniuszowi Hoffmana zawdzięczamy, że każda sekunda jego ołowianego milczenia wydaje się naładowana elektrycznością.

Philip Seymour Hoffman Boogie Nights.png

"Boogie Nights"
Jego powierzchowność nalanego, świńskiego blondyna na granicy ryżości była zaprzeczeniem kanonów ekranowego piękna, zarazem jednak nasycona była specyficznym seksapilem. Z jednej strony przerośnięty bobas z wydętymi ustami, z drugiej chłop jak dąb, władający jednym z najbardziej tubalnych głosów we współczesnym kinie amerykańskim (jakby stworzonym do tego, by przemawiać do najdalszego broadwayowskiego rzędu). Kiedy Hoffman pojawiał się na ekranie, wiedzieliśmy że pojawił się na ekranie. Na tym polega star quality.

Tak się składa, że najbardziej nagradzana rola Hoffmana – za którą odebrał Oscara należnego wówczas Joaquinowi Phoenixowi za "Spacer po linie" – jest zarazem najmniej przeze mnie ulubioną. Jego "Capote" polegał zbyt mocno na imitacji manieryzmów, bez zstępowania w głąb (w czym wina przede wszystkim scenariusza i reżyserii). Zaczesany do tyłu, połyskujący dowcipem i brylantyną, wyszczuplony Hoffman był w tej roli przewrotnym ucieleśnieniem swego aktorskiego superego, przesłoniętego zazwyczaj – wpisanym w fizyczną zwalistość – nieporadnym id.

Clipboard01.jpg

"Capote"
Tyle świetnych ról…! Nie widziałem "Szulera" Adka Drabińskiego, w którym Hoffman de facto zadebiutował; jego kariera zaczęła się dla mnie – i bodaj dla reszty świata – wraz ze Scottym z "Boogie Nights" (był to jego szesnasty ekranowy występ). Co najbardziej niezwykłe, żadna z jego późniejszych ról nie wyparowała mi z pamięci. Krytyk-mentor z "U progu sławy", moralistyczny zbir z "Lewego sercowego", sfrustrowany dramatopisarz z "Rodzina Savage" (gdzie zagrał swój najlepszy bodaj duet u boku Laury Linney) i "Synekdochy, Nowy Jork". Przeglądając jego filmografię, widzimy, że był obsadzany głównie w roli silnych intelektualnie mężczyzn ze skłonnością do autodestrukcji. Wczorajszy news z okrutną ironią potwierdził trafność takiego castingu.

Clipboard01.jpg

"A Late Quartet"
Na żywo widziałem Hoffmana tylko raz: w maju zeszłego roku na berlińskim lotnisku, w tłumie pasażerów oczekujących na lot do Nowego Jorku. Natychmiast pomyślałem o finale "Rodziny Savage", w którym wylatywał w przeciwnym kierunku – do Polski, gdzie mieszkała jego ukochana imieniem Kasia. Na lotnisku Tegel stał ramię w ramię z resztą śmiertelników: rosochaty, niedogolony, w dżinsowej kurtce i ze znoszonym plecakiem. Niesforna blond czupryna walczyła o haust powietrza z naciśniętą na głowę bejsbolówką. Który polski aktor dałby się tak przyłapać: bez iPhone'a przy uchu i markowego orderu Lacoste'a na piersi…? Hoffman nie był wylewny i słynął z szorstkości wobec nachalnych fanów, ale była w nim godność płynąca z niewzruszonego etosu aktorskiej pracy. W "A Late Quartet", jednym z najbardziej niepozornych filmowych klejnotów ostatnich lat, zagrał skrzypka całkowicie oddanego rzemiosłu, dla którego prywatne frustracje są drugorzędne wobec ambicji zawodowych. Oglądając ten film półtora roku temu, nikt z nas nie mógł mieć pojęcia, że oglądamy w istocie późny autoportret wielkiego artysty.

zobacz też: