Recenzja filmu Disco Polo (2015)
Maciej Bochniak

Polish Dream

"Disco polo" to najbardziej brawurowy polski debiut ostatnich lat. Disco polo i to co najbardziej obciachowe w latach dziewięćdziesiątych, zmienia się dziś w hipsterski gadżet, w estetykę, którą ...
Filmweb sp. z o.o.
"Disco polo" to najbardziej brawurowy polski debiut ostatnich lat. Film opowiada o fenomenie gatunku muzycznego, który w latach 90., traktowany z pogardą i lekceważeniem przez prasę muzyczną i resztę branży, zdobył serca milionów słuchaczy. Maciej Bochniak nie zabiera nas jednak na etnograficzną wyprawę do Polski B., o świecie disco polo w ogóle nie opowiada w realistycznym kluczu, jak Robert Gliński w "Kochaj i rób co chcesz". Do tematu zabiera się od strony fantazji. Jego film jest nie tylko zanurzony w fantazjach, jakie sprzedaje ten gatunek muzyki, ale też we wszystkich snach, jakie Polska śniła na początku lat dziewięćdziesiątych. I śni do dziś. O bogactwie, sławie, sukcesie, glamourze, miłości, luksusie. W disco polo sny te przybrały najbardziej swojską, przaśną, przez długi czas obciachową, formę. Dziś disco polo i to co najbardziej obciachowe w latach dziewięćdziesiątych, zmienia się w hipsterski gadżet, w estetykę, którą można grać. Bochniak mistrzowsko prowadzi tą grę.


Sny w "Disco polo" utkane są z filmowej materii. Polski sen o wolności i bogactwie zbudowany jest z klisz kina amerykańskiego. Prolog wygląda jak amerykański western (a przy tym odsyła do "Aż poleje się krew"). Grany jest po angielsku, dialogi czyta lektor. Gdy Tomasz Knapik wymawia słowo "koniec", pojawiają się napisy początkowe i zaczyna "właściwy" film. Ciągle jednak nie opuszczamy fantazji, wyrosłej na diecie z VHSów z osiedlowej wypożyczalni z roku mniej więcej 1998. Każda kolejna scena to nowe odniesienie: do westernów, "Pojedynku na szosie", "Titanica", ale także europejskiego art-house'u ("Funny Games"). Z klisz utkana jest też fabuła: dwóch ubogich grajków na progu sławy, kariera od pucybuta do milionera, piękna dziewczyna, o której serce walczą młody i ambitny ze starszym i potężniejszym. Z tych figur i schematów utkana jest większość filmów. I piosenek, nie tylko disco polo.


Czy w tej erudycyjnej grze nie ginie człowiek, emocje? Czy tworzą one ciekawe filmowe widowisko? Reżyseria Bochniaka jednocześnie dystansuje i angażuje widza, uwodzą świetne kreacje Dawida Ogrodnika i Piotra Głowackiego (początkujący muzycy), Aleksandry Hamkało (ich techniczka dźwięku), czy Tomasza Kota (szef wszystkich szefów w branży disco polo, Daniel Polak). Obok "Polskiego gówna" żaden film od dawna tak mnie nie ubawił w kinie. Podobnie jak projekt Tymona, "Disco polo" jest świetnym przykładem dzieła dwukodowego, bawić się na nim będą zarówno wytrawne kinofilki, jak i fani (pojawiającego się w filmie) Tomasza Niecika. Nie jest to jedyne zabawne cameo w debiucie Bochniaka, w pewnym momencie, na ekranie pojawia się sam Jerzy Urban, po którego komiczny talent kino już dawno powinno sięgnąć. Coś dla siebie znajdą zarówno fanki zespołu Boys, jak i bywalcy galerii sztuki współczesnej, którzy w prologu rozpoznają odniesienie do "Summer Love", "polskiego westernu" Piotra Uklańskiego, a w dmuchanej żyrafie dekorującej podwórze jednej z postaci, i w ogóle w tym, jak film pracuje ze "złym gustem", do prac Jeffa Koonsa.


"Disco polo" pokazuje, że zawsze śnimy, zawsze jesteśmy w środku jakiejś fantazji, jedyne co możemy zrobić, to nauczyć się ją rozpoznawać. Bo jak pisał klasyk: "My także jesteśmy tym, z czego rodzą się sny; a niewielkie to życie nasze sen spowija wokół". Kodując nam w głowie te słowa, przy okazji daje sporo frajdy. Czegóż więcej chcieć od kina?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (304 głosy).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)