Recenzja filmu Bogowie (2014)
Łukasz Palkowski

Do serca przytul palacza

Ze skrajności w skrajność, z maszyny w człowieka i na odwrót. Religa tasuje ludzkimi odczuciami, samemu nie zdając sobie sprawy, jak zabawa w Boga może się dla niego skończyć. Nie interesuje go ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bogowie (2014)
Nigdy nie było, nie ma i nigdy nie powstanie jednoznaczny schemat kręcenia filmów mających być gwarantem późniejszego sukcesu – tak na arenie festiwalowej, jak i w dotarciu do licznego grona widzów poprzez dystrybucję kinową. Po zakończonej 39. edycji Festiwalu Filmowego w Gdyni i zwycięstwie filmu „BogowieŁukasza Palkowskiego Grażyna Torbicka zapytała scenarzystę Krzysztofa Raka o przepis na filmowy sukces. Skromnym, acz pewnym głosem odpowiedział, iż nie ma takiej recepty, ale na pewno warto mieć „mięsistego” bohatera. Jakkolwiek znaczenie tego terminu każdy zinterpretuje na swój własny sposób, bohatera owego filmu można określić rasowym romantykiem, idealistą, człowiekiem bez serca lub geniuszem z przerośniętym ego. Epitetów określających Zbigniewa Religę, w którego wciela się Tomasz Kot jest wiele i właśnie na tym polega sukces filmu „Bogowie”: na wielu różnych możliwościach podejścia nie tylko do samego bohatera, ale również do całej historii.


Ilość pracy, jaką Kot włożył w umiejętne i wiarygodne przedstawienie postaci znanego polskiego kardiochirurga może tylko budzić uznanie. Nie jest to pierwszy raz, kiedy aktor, znany z wielu różnorodnych i nie do końca chwalebnych ról, przygotowuje się tak, jak na swoistą, amerykańską szkołę przystało. Przeprowadza wielomiesięczne rozmowy i obserwacje, prowadzi solidny ogląd sytuacji odgrywanej postaci i stara się podejść do niej z kilku punktów widzenia. Krótko mówiąc – nie idzie na skróty. Tak było chociażby z filmem „Skazany na bluesaJana Kidawy-Błońskiego, gdzie wcielił się w rolę Ryszarda Riedla. Zanim zagrał lidera zespołu Dżem przez kilka miesięcy podglądał uzależnionych od narkotyków członków MONAR-u i prowadził długie rozmowy z założycielem stowarzyszenia, Markiem Kotańskim. Film zebrał średnie recenzje, ale nikt nie miał wątpliwości, że Tomasz Kot odtworzył postać Riedla wyśmienicie. Od tamtej pory minęło już prawie 10 lat, a jego ścieżka zawodowa przebiegała raczej pokrętnie, choć sam zawsze przyznawał, że granie w komediach romantycznych wiąże tylko i wyłącznie z gratyfikacją finansową. Jedną z ostatnich poważnych i zasługujących na uznanie ról była ta z „ErratumMarka Lechkiego, gdzie zagrał powracającego do korzeni Michała, przypadkiem ścierającego się z duchami przeszłości i próbującego naprawić trudne relacje z ojcem.
 
Nie da się jednak ukryć, że „Bogowie” mogą się dla Kota okazać najważniejszą z kreacji, jakie przyszło mu dotychczas odgrywać. Postać Zbigniewa Religi, bodajże najbardziej znanego na świecie polskiego kardiochirurga, nie była łatwa do zagrania. Znany z charakterystycznie przygarbionej postury, przymrużonych oczu i nieodłącznego papierosa lekarz był dla Kota „kąskiem” łatwym do sparodiowania, ale trudnym do wiarygodnego i pozbawionego komizmu przełożenia na ekran. Aktor przeprowadził wiele rozmów z rodziną i kolegami Religi, dzięki którym dowiedział się na przykład, że musi utrzymywać lewe ramię niżej niż prawe, co jest charakterystycznym i pospolitym nawykiem wśród chirurgów, spędzających w tej pozycji długie godziny przy stole operacyjnym. Wielomiesięczne wchodzenie w rolę zaowocowało brakiem jakiegokolwiek fałszu i wykreowaniem postaci wielowymiarowej, niedającej się łatwo i skrótowo ocenić. Jeśli przyjdzie nowym maturzystom opisywać graną przez Kota postać, z pewnością padnie to słynne, przypisane już Wokulskiemu z „Lalki” Bolesława Prusa pytanie: romantyk, czy pozytywista?


Przechadzający się przytłaczającym, chłodnym od światła jarzeniówek, długim i pustym korytarzem Religa, idzie krokiem powolnym i pewnym. Podążająca za nim kamera daje poczucie izolacji, a widz już w pierwszej scenie podskórnie wyczuwa, że rozciągająca się przez bohaterem droga nie będzie w przyszłości usłana różami. Pracujący pod batutą profesora Sitkowskiego (Jan Englert) już na początku daje się poznać, jako zdeterminowany, oddany medycynie frasobliwy lekarz, który za nic ma obowiązujące przepisy. Najważniejsze jest nie tyle dobro pacjenta, co zakończony pozytywnym rezultatem zabieg. Religa stara się nie nawiązywać emocjonalnej nici z pacjentami, a wszelki wysiłek włożony w leczenie ludzi nacechowany jest przerośniętym ego i potrzebą wynalazku. Lekarz traktuje pacjentów jak obiekty badawcze, które dla dobra nauki można poświęcić. Chcąc się usamodzielnić, postanawia rzucić pracę w Warszawskiej klinice i za namową kolegi (Zamachowski) otworzyć własną, w Zabrzu. Tak też zaczyna się trudna dla bohatera walka z rzeczywistością PRL-u lat 80-tych i zapobiegawczą, acz niedającą szansy na rozwój mentalnością Polaków, wciąż traktujących serce bardziej jako siedlisko duszy aniżeli zwykły narząd.

Religa jest znany w środowisku medycznym jako szaleniec, pragnący przeprowadzić pierwszy w Polsce zabieg przeszczepu serca. Pomysł na tyle nowatorski, że nie spotyka się z uznaniem środowiska lekarzy, przez co do grona jego zespołu medycznego przyłączają się przede wszystkim młodzi, zdeterminowani i otwarci na zachodnią mentalność adepci medycyny. Doświadczenie i zdobyta na stypendium w Stanach liberalna wiedza musi zderzyć się z ustrojowym maglem, w którym m.in. zdobycie funduszy na rozwój kliniki należy do chorobliwie trudnej czynności. Prywatni przedsiębiorcy boją się zainwestować w tak niekatolicki pomysł, jakim jest zabieg na sercu. Bohater musi stawić czoła betonowej biurokracji, będąc zmuszonym przypodobać się w tym celu państwowym partyjniakom. Poświęcanie czasu na rozwój kliniki odbija się również na małżeństwie z Anną (Magdalena Czerwińska), która nie zamierza opuszczać Warszawy. Pojawią się jeszcze problemy z solidarnością kolegów po fachu, negatywną publicystyką odnoszącą się do jego poczynań i walką z konserwatywną narodową mentalnością, rzucającą mu pod nogi manichejskie kłody świątobliwości, przypominające o istotności serca w duchowym kontekście.


W całej plejadzie problemów Religa jawi się jako wewnętrznie spójny, ale zewnętrznie skontrastowany z rzeczywistością romantyk i pozytywista jednocześnie. Całkowicie oddany swojej pracy poświęca siebie i swoje życie w imię nauki. Ceną za to jest brak empatii i totalna niechęć do emocjonalnego zżywania się z leczonymi osobami. Przerośnięte ego sprawia, że bohater nienawidzi krytyki własnych pomysłów, przez co niejednokrotnie, jakby w emocjonalnym zrywie, zwalnia swoich kolegów z pracy, aby za chwilę znów ich do niej przywrócić. Krzyczy na ludzi, by za moment ich za to przeprosić. Przypomina to trochę zatrzymanie akcji serca, jakby Religa, pozbawiony współczucia, dokonywał czynów nieludzkich, bez emocji, żeby za chwilę oprzytomnieć, wytrzeźwieć, „powrócić do życia” – słowem: znów być człowiekiem. Ze skrajności w skrajność, z maszyny w człowieka i na odwrót. Religa tasuje ludzkimi odczuciami, samemu nie zdając sobie sprawy, jak zabawa w Boga może się dla niego skończyć. Nie interesuje go jego własne zdrowie, samochodem solidnie przekracza dozwoloną prędkość, mając na celowniku rozwój medycyny, zupełnie nie licząc się z konsekwencjami ewentualnego wypadku. Nie ucieka od odpowiedzialności, ale wszelkie porażki znosi z ignorancją i brakiem pokory, tak, jakby to był tylko chwilowy przystanek na drodze do sukcesu.
 
Zdobyte na festiwalu w Gdyni nagrody za najlepszą scenografię czy scenariusz stanowią uhonorowanie ciężkiej pracy twórców, którzy umiejętnie przenieśli nas w tak odległe „odrealnione” uniwersum, a jednocześnie pokazali, że czasy te nie skończyły się wcale tak dawno temu. Zagraniczna publiczność dostrzeże masę absurdów, z którymi lekarze pokroju Religi musieli się nie tak dawno mierzyć. Rodzima widownia będzie zaś zaskoczona, jak wiele fabularnych elementów przenika do współczesnej rzeczywistości, szczególnie, że komuna podobno upadła. Na uwagę najbardziej zasługuje tu jednak człowiek bez serca, który poświęcił życie walce z ówczesnym systemem o ten organ i z pewnością przyczynił się do jego zmiany (przynajmniej w kontekście medycznym) Tego typu kontrastów w polskim kinie bardzo brakuje, a takich „mięsistych” postaci trzeba naszej rodzimej publiczności dużo więcej. Będąc pewnym ogólnopolskiego sukcesu filmu „Bogowie”, zastanawiam się, jak bardzo przyczyni się on do przeszczepiania... tak dobrych pomysłów do innych polskich filmów, ale już teraz życzę naszym twórcom jak najlepszych scenariuszowych transplantacji.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (127 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o