• Łukasz Maciejewski
    Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Współpracownik kilkunastu czasopism m.in. "Filmu", "Teatru", "Dziennika", "Magazynu Filmowego SFP". Ekspert HBO oraz PISF, członek FIPRESCI, współpracownik TVP Kultura. Moderator, juror i współorganizator kilkuset festiwali i przeglądów. Autor lub współautor kilkunastu książek. W 2012 opublikował wywiad-rzekę z Jerzym Radziwiłowiczem - "Wszystko jest lekko dziwne" oraz zbiór esejów "Aktorki. Spotkania". Laureat nagród "Uskrzydlony" (2011) oraz Złotej Róży (2012).

Kto zabił Laurę Palmer?

  • Filmweb
  • Artykuł
W tym zadawanym po wielokroć pytaniu nie chodziło wcale o udzielenie jednoznacznej odpowiedzi. David Lynch w "Miasteczku Twin Peaks"  po raz pierwszy tak szeroko otworzył drzwi telewizyjnego medium na tajemnicę i niedopowiedzenia.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że dzisiaj "Miasteczko..." ogląda się inaczej. Przypuszczalnie gorzej. Zbyt wiele pojawiło się w międzyczasie seriali wybitnych, żeby "Twin Peaks" nadal mógł dzierżyć palmę pierwszeństwa. A jednak dla mnie seria Lyncha realizowana w latach 1989-1990 zawsze będzie miała wartość szczególną.


"Miasteczko..." to były podstawówkowe czasy. Spotkanie z perwersją zbrodni, kryminałem zderzonym z komedią, surrealistycznymi omamami i rzeczywistą grozą, przyjmowałem z wypiekami na twarzy. "Twin Peaks" był także manifestem - że  Polska nowobogacka, Polska po dekonstrukcji dziejowej, diskopolowa i buraczana, na początku lat dziewięćdziesiątych może przeglądać się również w zwierciadle filmowego postmodernizmu. Tęsknota za Laurą Palmer była nie tylko westchnieniem za mitem amerykańskiego raju, ale także amerykańskiego piekła. Piekło było ciekawsze.

NOWA JAKOŚĆ

Przed "Miasteczkiem Twin Peaks" w USA serialami raczej nie zajmowali się artyści z prawdziwego zdarzenia. W Polsce było inaczej. Mieliśmy "Lalkę" Bera, "Noce i dnie" Antczaka, "Czterdziestolatka" Gruzy, "Karierę Nikodema Dyzmy" Rybkowskiego, nie wspominając o "Czterech pancernych i psie" czy "Stawce większej niż życie", ale w Stanach dominowały luksusowe, komercyjne serie w rodzaju "Dynastii", telenowele w stylu "Santa Barbara" oraz sitcomy.

Seriale pełniły wówczas przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Pokazując życie w luksusie, obnażały codzienną szarpaninę miliarderów, a czyniąc megagwiazdy z komików w rodzaju Billa Cosby'ego, podprogowo uczyły tolerancji dla mniejszości etnicznych i kulturowych.

Pomysłodawcy "[film=230117]Miasteczka Twin Peaks[/film]" - Mark Frost i David Lynch - przed przystąpieniem do pisania scenariusza zestawili poszczególne charakterystyczne cechy obowiązujące w amerykańskich serialach. Trochę zbrodni, trochę zazdrości, elementy horroru i telenoweli. Mieszając te elementy, stworzyli nową jakość.

  photo.title   photo.title

Pozornie było jak zawsze. Konwencja się zgadzała, ale  mechanizm oddziaływania na widzów tym razem działał inaczej. Zamiast tradycyjnej empatii lub zniecierpliwienia, pojawił się autentyczny strach i alienacja. Lynch z Frostem postmodernistycznie przejaskrawili oswojone gatunkowe profile. W "Twin Peaks" wszystkiego było za dużo: aktorzy grali nadekspresyjnie, a schematy  obowiązujące w soap operach w rodzaju nagłych zwrotów akcji, niechcianych ciąż, pojawiania i znikania członków rodziny, a nawet odwiedzin kosmitów zostały potraktowane z dystansem, ironicznie.

Lynch, działając w zgodzie ze schematem, jednocześnie z niego zadrwił. "Miasteczko..." było krainą fantazji - zdeprawowanym królestwem bajek dla dorosłych, w którym sielska atmosfera amerykańskiego południa rymuje się z brutalnym odkryciem grzesznej podszewki ludzkich zachowań. Do tego dochodziło oryginalne, charakterystyczne dla Lyncha poczucie humoru, a w warstwie  estetycznej - skłonność do surrealistycznej stylizacji. Widz był zdenerwowany i zakłopotany. Widz był zachwycony.


FENOMEN

Serial został znakomicie pomyślany. Zwłaszcza w pierwszym sezonie suspens narasta z odcinka na odcinek, a widzowie raz po raz są zaskakiwani kolejnymi pomysłami. Główny scenarzysta, Mark Frost, zadbał, żeby "[film=230117]Miasteczko Twin Peaks[/film]" od początku do końca było lynchowskie, czyli przenosiło na mały ekran enigmatyczny klimat znany z fabularnej twórczości autora "Blue Velvet".

W gronie świetnych aktorów charakterystycznych (moim faworytem jest Ray Wise w roli ojca Laury) w serialu debiutowała cała grupa młodych aktorów. Perełką była nie tylko kreacja Kyle'a MacLachlana jako agenta Coopera, ale także epizodyczne postaci - choćby przygłuchy policjant Gordon Cole grany przez samego Lyncha czy kobieco-męski agent Dennis vel Denise - w tej roli debiutujący David Duchovny, późniejszy Mulder w "Z archiwum X".

photo.title   photo.title

Serial stał się socjologicznym fenomenem na skalę światową. Pierwszy odcinek obejrzało 35 milionów widzów. "Twin Peaks" został błyskawicznie sprzedany do ponad pięćdziesięciu krajów. W Polsce został pokazany już w 1991 roku. Stał się przebojem nie mniejszym niż w USA.
    
O bohaterach "Miasteczka..." rozpisywały się wszystkie media: od popularnych popołudniówek, po najbardziej opiniotwórcze tytuły. Czytelnicy magazynu "People" wybrali zamordowaną, fikcyjną postać Laury Palmer "Człowiekiem roku 1990".

"Twin Peaks" złamało przy tym podstawową, obowiązującą w największych stacjach telewizyjnych zasadę, że w prime-timie mogą być pokazywane jedynie pozycje, które zostały zaadresowane dla masowej widowni. Nowatorska produkcja spółki Davida Lyncha i Marka Frosta realizowana dla stacji ABC, udowodniła, że tłumy mogą zakochać się także w produkcji, której do końca nie rozumieją.

Twórcy "Miasteczka..." byli początkowo zaskoczeni tą popularnością. Nie zrobiliśmy niczego innego, jak tylko zlepiliśmy w całość te elementy, które "wydala" popkultura - tłumaczył się Frost. Lynch prowokował dziennikarzy, twierdząc, że jak zwykle przesadzają. "Miasteczko Twin Peaks" to bardzo zwyczajny, standardowy serial telewizyjny - mówił z enigmatycznym uśmieszkiem.


Niestety, nakręcony w 1992 roku fabularny prequel serialu, opowiadający o ostatnich dniach życia Laury - "Twin Peaks: Ogniu krocz za mną", to jeden z największych niewypałów w reżyserskiej karierze Lyncha. Przebojem rynku muzycznego była natomiast kilkakrotnie wznawiana ścieżka dźwiękowa do serialu skomponowana przez Angelo Badalamentiego przy udziale samego Lyncha. Córka reżysera, Jennifer, opublikowała powiązaną z filmem książkę zatytułowaną "Sekretny dziennik Laury Palmer", w którym opisała zarówno dziecięce zabawy bohaterki filmu z podarowanym jej kucykiem, jak i pierwsze wizyty ponurego Boba. Kontynuacji jednak nie było.

Dzisiaj wiadomo jednak, że bez fenomenu "Twin Peaks" nie powstałyby seriale w rodzaju "Sześciu stóp pod ziemią" czy "Z archiwum X". Producenci "Zagubionych" reklamowali pierwszy sezon serii jako "Miasteczko Twin Peaks XXI wieku", a niebanalne metody śledcze agenta Coopera ochoczo przejęli bohaterowie "Dextera" czy "Trawki". "Twin Peaks" ewidentnie wyprzedził swój czas.

"Miasteczko Twin Peaks" to w sumie trzydzieści filmów - pilot i siedem czterdziestopięciominutowych odcinków w serii pierwszej oraz dwadzieścia dwa odcinki w części drugiej. Widownia pierwszych odcinków była imponująca, ale z czasem malała. Drugi sezon "Miasteczka..." miał również mniej pochlebne recenzje. Widzom i krytykom zdecydowanie nie spodobało się wyjawienie tożsamości zabójcy, z kolei postać Windowa Earle'a, dokonującego kolejnych zbrodni podczas gry w szachy, wydawała się zanadto wyabstrahowana od oswojonych mieszkańców miasteczka. Dla części publiczności serial w końcu wydał się zbyt skomplikowany, innych zirytował podstawowy brak bezpieczeństwa odbiorczego. Nigdy na sto procent nie było wiadomo, czy oglądamy obraz rzeczywisty czy kolejny rozbuchany sen agenta Coopera.


W pierwszym, pilotowym odcinku serialu, wszyscy głównie szlochają. Laura była taka wspaniała, dlaczego jej nie ma. Oniryczna muzyka Angelo Badalamentiego oraz fascynujący głos Julee Cruise śpiewającej tematy "Nightingale" czy "Into The Night" nadbudowywały znaczenia. Coś niezwykłego wisiało w powietrzu, jakaś tajemnica.

Kolejne odcinki nie posuwały jednak wyjaśnienia zagadki do przodu. Dyskomfort poznawczy rozgrywał się na wielu płaszczyznach. Serial nie sprawdzał się nie tylko jako kryminał ("kto w końcu zabił tę nieszczęśnicę?"), ale wydawał się do pewnego stopnia półamatorskim miksem filmu młodzieżowego, dramatu obyczajowego, horroru, a nawet wywrotowej komedii. A jednak, mimo wszystko, opowieść o ekscentrycznym detektywie i jego nietypowych metodach śledczych zaczynała w końcu intrygować. Mniejsza o Laurę Palmer, liczy się atmosfera. Do pewnego stopnia serial opowiadany był klasycznie. Intryga, zróżnicowani bohaterowie, dobre dialogi. Ale z perspektywy czasu najbardziej interesujące w "Twin Peaks" jest sprzeniewierzenie dyktatowi solenności. Zjawiska paranormalne czy elementy przeniesione z rzeczywistości koszmaru sennego, początkowo budzą opór, ale stosunkowo szybko zostaną zaakceptowane.     
   
CIASTKO Z WIŚNIAMI

U Lyncha, również w jego fabularnych podróżach w rodzaju "Mulholland Drive" czy "Zagubionej autostrady", logika przegrywa z furią i feerią,  przerażeniem i szaleństwem. Wydaje się, że oglądamy miasteczko jak każde inne. Leżąca przy granicy z Kanadą słodka prowincja na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych jest zwyczajna. Tartak, domki z ogródkiem, piękne daglezje, a w wyszczekanej budzie śpi pies. Dalej - pola, lasy, zwierzęta. I mieszkańcy. Żyją w zgodzie z naturą, hołdują odwiecznym wartościom. Kochają swój kraj, brzydzą się przemocą. Ale sielanka Twin Peaks ma również drugie imię. To perwersja. W "Miasteczku... niewinność i naiwność nie istnieją. Każde czyste mieszkanie to rojowisko brudnych myśli. Każda twarz oznacza zagrożenie. Ty także możesz być mordercą Laury Palmer.

photo.title Laura była ideałem. Prymuska, społecznica, królowa piękności, dziewczyna obdarzona wspaniałym uśmiechem. Została jednak zgwałcona i zamordowana, a jej ciało znaleziono w foliowym worku, nad brzegiem rzeki. Kto to zrobił, kto zabił anioła?

Zagadkę ma rozstrzygnąć świeżo przybyły do miasteczka ekscentryczny agent FBI - Dale Cooper. Twin Peaks nie jest wprawdzie miejscem, o którym powiedzielibyśmy od razu, że chcemy tutaj zamieszkać, jednak Dale Cooper czuje się jak ryba w wodzie. Akceptuje wszystko. Nie rozstaje się także z dyktafonem, na który nagrywa kolejne odkrycia w śledztwie. Adresatką tych materiałów jest niejaka Diane, która - obok wynurzeń na temat zabójstwa Laury Palmer - dowie się jeszcze m.in., kto mógł zastrzelić Kennedy'ego, jaką aktorką była Marilyn Monroe i jak smakuje ciastko z wiśniami.

Śledztwo prowadzone jest jak gdyby przy okazji. Im usilniej Cooper stara się dociec prawdy o Laurze, tym zagadka coraz bardziej się wymyka. Zresztą, agent kompletnie nie pasuje do stereotypu "policjanta z Miami" (czy jakiegokolwiek innego). W jego śledztwie zawierzenie intuicji liczy się w tym samym stopniu, co klasyczne metody detektywistyczne. Nazwisko mordercy Laury pozna w końcu we śnie...

Po pewnym czasie Cooper traci również pozycję przybysza, który szeroko otwartymi oczami przygląda się degrengoladzie miejsca. Staje się jednym ze współuczestników tragicznego wydarzenia. Jest mieszkańcem Twin Peaks. W ten sposób realność zderza się z fantomem. Myślenie przegrywa ze śnieniem. Widz również jest zbrodniarzem.

Sielanka Twin Peaks to ściema. Każdy z bohaterów zachowuje się niepewnie, jakby coś  ukrywał. Niektóre zagadki zostaną wyjaśnione, inne do końca pozostaną tajemnicą. W każdym razie, w uroczych domkach z ogródkiem szmugluje się narkotyki, prowadzi nielegalne interesy, testuje wytrzymałość ciała. W Twin Peaks obowiązuje przemoc i zepsucie. Plus szatan we własnej osobie. Plus uśpiony anioł.

photo.title   photo.title

Kolejne odsłony serii to portrety mniej lub bardziej oczywistych potencjalnych morderców Laury. Zło czai się wszędzie - w czarnym lesie i na rozsłonecznionym podwórzu. Własne śledztwo prowadzą najlepsze przyjaciółki Laury - Donna Hayword, Audrey Horne i James Hurley. W tym czasie Pieńkowa Dama prowadzi niekończące się rozmowy z kawałkiem drewna. Kelnerka Schelly jest bita przez męża. Narzędzie zbrodni to mydło schowane w skarpecie. Piękna właścicielka tartaku, Josie Packard, pochodzi z Chin. Psychiatra  udziela "dziwnych" rad. Benjamin Horne dzieli swój czas na część oficjalną i zakulisową. Na dom, sklep, burdel.  

Duszne, ognistoczerwone zasłony w infernalnym burdelu. We śnie Coopera wyłania się z nich perwersyjny karzeł mówiący w zwolnionym tempie: od tyłu. Monstrualny, milczący Olbrzym patrzy na nas martwymi oczami bez wyrazu. Lynch mnoży kolejne wątki, zapominając o domknięciu poprzednich; kamera nieprofesjonalnie zatrzymuje się na niektórych przedmiotach, znamionując ich nadzwyczajność, w dalszych odcinkach nie będą one jednak miały żadnego znaczenia. Zanim odbędzie się scena przesłuchania potencjalnego mordercy, agent Dale Cooper stoczy batalię ze źle funkcjonującym taboretem. To przecież podstawowy błąd w sztuce. Czekamy na akcję, a pokazywane są nam jakieś montażowe brudy - do wyrzucenia. O co w tym chodzi?

***

Każde pokolenie czeka na własny, kultowy serial. "Stawka większa niż życie", "Wojna domowa", "Alternatywy 4", "Cudowne lata", "Przystanek Alaska", "Beverly Hills", "Z archiwum X", "Rodzina Soprano", "Lost"... Moim kultowym serialem było "Miasteczko Twin Peaks".

Pamiętam wszystko: zdarzenia, emocje albo serialowe złote myśli w rodzaju: "sowy nie są wcale tym, czym się wydają" oraz "ogniu krocz za mną". Dale Cooper powtarzał: "genialna kawa", po czym wypluwał ją na podłogę. Wszyscy zajadali  placek z wiśniami. Mniam, mniam, mniam.


Kiedy mój przyjaciel po wakacyjnym wyjeździe do USA  przywiózł mi w prezencie oryginalny T-shirt z logo "Twin Peaks", pękałem z dumy. Nie było wtedy żadnych gadżetów. Nie istniał Internet, nie było telefonów komórkowych, prawie nikt nie miał komputera. W czarnej koszulce "Twin Peaks" czułem się tajemniczy i wyjątkowy. Jak Dale. Jak ciastko z wiśniami. Rozumiecie ten szpan?

zobacz też:

komentarze

dodaj komentarz
  • Oj, rozumiem. Wiele lat temu wybrałem się nawet na wakacje do Stanów, przejechałem je wszeż tylko po to, by odwiedzić North Bend oraz znajdujący się w pobliżu wodospad w Snoqualmie Falls (znany głównie z czołówki serialu). To, że przywiozłem do Polski T-shirt z podobizną Boba ujętą w motyw listu gończego, oraz kubek ze słynnej restauracji, to tylko nędzny objaw manii, która dotknęła mnie po serialu. Doszło do tego, że wlokłem ze sobą pustą butelkę po heinekenie wypitym tam na miejscu (jak wiadomo, było to ulubione piwo agenta C- butelka mi jednak zaginęła już w Polsce, pewnie ktoś nieświadomy ją wyrzucił). Dzisiaj tę podróż wspominam jako wariacką lub idiotyczną, ale sentyment pozostał. Pamiętam ciastko z wiśniami (jak się okazało- nic specjalnego, w dodatku bardzo w Stanach Zadowolonych popularne), pamiętny most (już wówczas bardzo zarośnięty), budynek szkoły i biura szeryfa, ale chyba najmocniej tory kolejowe z niekończącymi się składami starych wagonów, między którymi z pewnością był ten, w którym zginęła Laura. P.S. Od tego czasu serial oglądałem kilkakrotnie, są w nim rzeczy dotyczące wątków romansowych, które mi przeszkadzają (postać motocyklisty Jamesa), ale znakomita większość się nadal broni i robi wrażenie nawet po latach.

  • rozumiemy :) ja jestem w trakcie oglądania i na pewno dotrwam do końca

  • rozumiemy ;))) serial kultowy, u mnie ulice się wyludniały jak leciał, prawie wszyscy oglądali, fajne czasy ;)) a Boba się boje do dziś

  • J__van_den_V_ podał wcześniej link do innego, wcześniejszego artykułu na temat TP (http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1513242,1,magia-miasteczka-twin-peaks.read) i zasugerował, że ten tekst jest wyraźnie inspirowany publikacją "Polityki". I rzeczywiście, choć "inspirowany" to chyba nawet zbyt małe słowo. Przeniesione zostały nie tylko poszczególne tezy artykułu, ale także treść jednego z komentarzy, która sponsoruje zakończenie ("kultowy serial"). Rozczarowanie.

  • Królestwo" Larsa von Tiera jest bardzo podobne do Twin Peaks, można nawet powiedzieć że udało się Larsowi osiągnąc lepszy efekt [wykorzystanie i przerysowanie telewizyjnych form serialu] niż Lynchowi.. i jeszcze ten absurdalny humor..

  • Taki se ten tekst. Perwersyjny karzeł? - co było w nim perwersyjnego? Coop nie poznaje tożsamości we śnie, a jedynie w wizji kiedy gromadzi wszystkich podejrzanych. Audrey nie była najlepszą przyjaciółką Laury, a już na pewno nie był nią James.

  • Brawa dla autora tekstu!

  • Gitarzysta300 podpisuje się pod twoim zdaniem : Serial ten zwichnął moją wówczas niewinną, dziecięcą psychikę. Dzięki za odkurzenie demonów ;) uff :)

  • Serial mojego dzieciństwa ,cóż mogę powiedzieć nigdy przedtem w trakcie i potem nie było lepszego serialu od "Miasteczka Twin Peaks" widziałem go kilka razy i za każdym razem oglądam go tak jak bym to robił pierwszy raz ,fabuła gienialna aktorzy gienialni ,film zajebis......y ogólnie polecam polecam polecam tym którzy go nie wdzieli , a tym którzy go widzieli dawno niech sobie go odświerzą ,pozdro i życzę miłego i upiornego oglądania :D

  • Dobrze że nie dokończony, zostawia miejsce dla wyobrażni.

  • Zakończenie jest tak mocarne jak dziwne, bo stawia podejrzanie wysoko poprzeczkę kontynuacji, zabijając - żeby nie przyspoilerować - conajmniej dwie istotne postaci oraz robiąc czarny charakter z wiadomo kogo. Jakby ktoś tu nie planował tego dalej kręcić.. ;>

  • Świetny serial !!! Szkoda tylko że niedokończony :(

  • w moim rankingu osobistym seriali to jest numer 1. Nie za bardzo rozumiem niektóre zarzuty wysuwane przez autora felietonu... szkoda tylko, że zabrakło dokończenia opowieści... może jakiś krótki miniserial (4 odcinki)...

  • Mój podstawówkowy serial;) pietnaście lat temu byłam nim oczarowana, teraz ten zachwyt nieco przygasł, ale sentyment nadal istnieje

  • PS. Laura zdecydowanie nie była ideałem:)

  • @Talie - nie zauważyłem, że też wspomniałaś o Carnivale.

  • Moim zdaniem od premiery Twin Peaks nie stworzono lepszego serialu. O jego ponadczasowości świadczy choćby fakt, że w dobie dominacji prostoty i kiczu całkiem dużo osób młodego pokolenia po niego sięga. Szczerze - wątpię, że coś lepszego jeszcze powstanie. Niegdyś niesamowicie podobał mi się Dexter, jednak to zdecydowanie nie ta klasa co Twin Peaks. Zresztą im dalej sięga fabuła, tym bardziej uwidoczniony jest banał i kompletny brak realizmu. Osobiście szczerze polecam serial Carnivale - jest to dzieło nieco podobne do Twin Peaks - z powolnie rozkręcającą się historią, elementami paranormalnymi, niesamowicie ciężkim klimatem, świetnie wykreowanymi postaciami. Ludzie byli na niego za głupi, więc przeszedł totalnie bez echa. Powstały 2 sezony, z czego ostatni nie jest zakończeniem (podobnie jak finał Twin Peaks). Szczerze polecam!!

  • Jeśli jesteś fanem filmów samurajskich to zapraszam na mojego bloga: samurai drifter blog Niestety moje info jest kasowane na tym portalu,więc muszę obejść te zapory poprzez podanie kluczowych slow do wyszukiwarki Google.Przepraszam za kombinacje,ale innego sposobu nie znam.Pozdrawiam serdecznie wszystkich fanów filmów samurajskich!!!!!!!

  • Artykuł świetny podobnie jak i serial, jednak autorowi wkradło się kilka błędów: 1. "Własne śledztwo prowadzą najlepsze przyjaciółki Laury - Donna Hayword, Audrey Horne i James Hurley" a) James nie był przyjaciółką tylko przyjacielem b) Audrey nie łączyło zbyt wiele z Laurą - a już na pewno nie była jej przyjaciółką. 2. "Piękna właścicielka tartaku, Josie Packard, pochodzi z Chin" - nie do końca rozumiem pojawienie się tego zdania w zestawieniu z zdaniami sąsiadującymi. Autor wymienia dziwactwa (Pieńkowa dama), dramaty (bicie mydłem) i kłamstwa (Ben) bohaterów - natomiast informacja o pochodzeniu Josie nie wydaje się ani dziwna, ani dramatyczna. Chyba, że ktoś jest rasistą :D Pomijając drobne wpadki, gratuluję świetnie napisanego artykułu.

  • Dla mnie fajnie zapowiadał się ,,Happy Town'' ale stacji abc oczywiście nie pasował tak samo jak Twin Peaks

  • Serial ten zwichnął moją wówczas niewinną, dziecięcą psychikę. Dzięki za odkurzenie demonów ;)

  • Najlepszy tekst na Filmwebie od wielu miesięcy....

  • Artykuł super. Dzięki. Co prawda nie moje czasy, ale doskonale pamiętam jak duże wrażenie zrobił na mnie ten serial kiedy kilka lat temu go oglądałem. Od siebie mogę polecić wg mnie jedyny serial, który mógłby dorównać Twin Peaks jeśli nie zakończyli by produkcji po 2 sezonie, chodzi o Carnivàle z 2003 roku. Praktycznie wszystkie "dzisiejsze" seriale, nawet te "topowe" zrobione są tak, że owszem, wciągają i to bardzo, ale niestety po skończeniu oglądania ulatniają sie z głowy i nic po sobie nie zostawiają.

  • Jestem właśnie w trakcie powtórki serialu i stwierdzam, że nie ma racji autor artykułu, że serial po latach się ogląda gorzej. Ten serial zawsze się ogląda z tą samą fascynacją. Co do wybitności seriali, które się po nim pojawiły, to wg mnie tylko jeden można porównywać z TP - Carnivale. Pozostałe - owszem, są rewelacyjne, ale jaka np tajemnica House'a może się równać z tajemnicami mieszkańców tego miasteczka ?? Nie ma porównania...

  • Tak jak nie lubię seriali, tak ten oglądnąłem od pierwszego do ostatniego odcinka. A ostatni odcinek był dla mnie jak świetny horror.

  • Miasteczko Twin Peaks to najlepszy serial jaki oglądałem i nie da się go porównać z niczym innym. 1 sezon jest arcydziełem, a od połowy drugiego poziom delikatnie spadał. Warto wziąć pod uwagę że David Lynch nakręcił osobiście tylko 8 odcinków. Podobno nie spodobał mu się kierunek w jakim szedł serial i dlatego zrobił na złość takie a nie inne zakończenie(Majstersztyk!). Uważam że bardzo dobrze zrobił kończąc serial na drugim sezonie.( Pierwsze sezony takich seriali jak : The Lost, Prison Break, Dexter, Californication, House itp. były naprawdę bardzo dobre, nie można się do nich przyczepić a dalsze to komercha i wielka dobijająca widza nuuda - widać że tworcom bardziej zależy na popularności i kasie niż na samej wartości serialu)<spoiler> Btw. Rozmowa postrzelonego Coopera z dziadkiem kelnerem idealnie oddaje mistrzostwo groteski Lyncha

  • Jasne, że tak.

  • Charakterystyczne dla tego serialu (jak również dla innych filmów Lyncha) jest to, że groza i przerażenie sąsiaduje bardzo często z tym co na pozór wzniosłe, dobre i piękne. Zło u Lyncha jest prawdziwie odrażające, niepokojące, wstrętne i straszne. Dobro z kolei pokazywane jest bardzo często w sposób przesadzony, patetyczny, a wszystkie te sceny pełne miłości, radości, wzruszenia i smutku ocierają się o cukierkowatość, kicz i banał. Stąd te zwiastujące nadzieję na lepsze jutro drozdy w „Blue Velvet”, baśniowy wstępniak do „Twin Peaks” z przewodnim motywem „Falling” i magiczne „IIorando” w „Mulholland Drive”. Dobro w świecie Lyncha jest tak pretensjonalnie urocze, że aż niepokojące, albowiem cała ta sielanka może być w każdej chwili zburzona przez zło, które czai się na każdym kroku, tuż pod kamieniem, w sąsiednim pokoju, czy za kanapą. Dlatego największe wrażenie zawsze na mnie robiły sceny w „Twin Peaks”, w których Lynch przeplata ze sobą te dobre i te złe nastroje. Jak w scenie ze „Śpiączki”, gdy Donna, Maddy i James nagrywają kiczowatą balladę o miłości. Widz ulega temu łagodnemu nastrojowi, by za chwilę zostać totalnie zaskoczonym i przerażonym widokiem skradającego się z drugiego końca salonu BOBa. Lynch tą huśtawkę nastrojów opanował do perfekcji!

  • Garmonbozia !!!

  • Jak przystało na fana serialu, przeczytałem tekst od tyłu…

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true