Nowe dzieło reżysera "Księżniczek" i "Poniedziałków w słońcu" (Fernando León de Aranoa) podejmuje temat ludzkich podobieństw, które mogą wystąpić niezależnie od wieku, narodowości i statusu społecznego. "Amador" to film o losie imigrantki, pracującej w Hiszpanii. Marcela mieszka na obrzeżach Madrytu ze swoim chłopakiem Nelsonem, który zarabia na ich życie sprzedając kwiaty. Sfrustrowana niewygórowanymi ambicjami Nelsona, postanawia go zostawić. Wtedy odkrywa, że jest w ciąży. Informacje o niej zachowuje dla siebie. Jest zmuszona do podjęcia pracy, a decyzję o odejściu od Nelsona odkłada na później. Rozpoczyna pracę jako opiekunka starego i przykutego do łóżka Amadora, podczas gdy jego rodzina wyjeżdża na wakacje. Na początku ich relacja jest szorstka i sucha, ale zacieśnia się, kiedy poznają swoje głęboko skrywane tajemnice. To podświadome porozumienie dwóch osób dotkniętych zupełnie inną samotnością staje się coraz silniejsze. Aranoa nie prowadzi akcji w wartki sposób. Uwagę widza przykuwają niewątpliwie błyskotliwe dialogi i gry słów. To główna zaleta tego filmu.
Prasa o filmie
Na świecie kończy się miejsce, mówi Amador do jeszcze nienarodzonego dziecka Marceli. On odda mu swoje. Melancholijna poezja czyni szorstkie sceny "Amadora" zestawem poruszających obrazów. Kino-zeit.de Film jest bardzo zgrabnie nakręcony. Składnia do przemyśleń związanych z przemijaniem. Moviepilot.de Pozornie wszystko jest tu sprowadzone do znanego schematu: biedna, ciężarna imigrantka dostaje szansę od losu – ma zaopiekować się niedomagającym starcem, tytułowym Amadorem. Niby od razu wiadomo, co się stanie: bohaterowie zbliżą się do siebie, wymienią doświadczeniem et cetera. Rzeczywiście, początkowo wszystko przebiega zgodnie z tym założeniem, ale reżyser sprytnie myli tropy, aż do zupełnie nieoczekiwanego finału, kiedy to jeden z sekretów wychodzi na jaw, wywołując zaskakujące konsekwencje. "Amador" nie pozwala zamknąć się w konwencji dramatu, choć jest to kino robione jak najbardziej serio, niosące ze sobą bolesne treści i wywołujące przemyślenia i emocje. Na szczęście de Aranoa nie należy do smutasów. W jego filmie znalazło się miejsce na wiele zabawnych sytuacji (do moich ulubionych należy rozmowa Marceli z prostytutką, kiedy okazuje się, że rozmodlone dewotki i dziwki cierpią na podobne schorzenie – ból kolan), które bawią, ale nie odrywają od najważniejszych wątków. Dzięki temu film jest wyważony, a bohaterka zachowuje wiarygodność. Artur Zaborski, miesięcznik Film