Michał Oleszczyk

Mów mi Rockefeller

Reaction Shot
/fwm/article/M%C3%B3w+mi+Rockefeller-135495
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Przesz%C5%82o%C5%9B%C4%87%2C+kt%C3%B3ra+nadejdzie-135179

Przeszłość, która nadejdzie

POWIĘKSZENIEPodziel się

Przedstawiamy Wam jeden z wyróżnionych w tegorocznej, 9. Edycji Konkursu Krytycznofilmowego Powiększenie, tekstów. Łukasz Adamowicz pisze w niej o retromanii, nostalgii oraz słodko-gorzkich powrotach do przeszłości. 

***

To, co pozostaje w pamięci, nie zawsze jest równoznaczne z tym, czego człowiek był świadkiem. 

(Julian Barnes, Poczucie kresu)

Czas trzyma nas w ryzach, kształtuje naszą osobowość, wpływa na teraźniejszość. Jesteśmy jego zakładnikami.
Czas deformuje i zniekształca doświadczenia, które były naszym udziałem. Choć nie możemy go cofnąć, pozwala nam spojrzeć wstecz. Dzięki niemu możemy z dystansu zrewidować nasze poglądy, zakwestionować przeszłe wydarzenia,  zobaczyć je w nowym świetle.  

Czas przywołuje wspomnienia - te wyidealizowane, ale też te bolesne, zapomniane, odrzucone, wyparte. Zarazem idealizujemy czas przeszły - czas młodości, dojrzewania, niewinności, ale też jest to etap, w którym popełniamy błędy, często nieodwracalne. Wszyscy jednak wracamy pamięcią do mitycznego kiedyś, popadamy w stan nostalgii, zwracamy się ku przeszłości.

Nostalgia za przeszłością przybrała na sile z powodu coraz większego tempa rozwoju. Transformacja ekonomiczna, wynalazki techniczne i przemiany społeczne spowodowały, że świat, w którym człowiek niegdyś dorastał () - znajomy, obwąchany w dzieciństwie (...) odszedł do przeszłości. Teraźniejszość stała się obcym krajem. 1

Simon Reynolds, opisując zjawisko retromanii, wyróżnia za badaczką Swietłaną Bojm, dwa rodzaje nostalgii: manifestowanie prywatne i manifestowanie polityczne. Czyni to na bazie dychotomii nostalgii refleksyjnej oraz nostalgii rekonstrukcyjnej. Pierwsza jest osobista, stroni od tego co polityczne i optuje za fantazją. Nie pragnie przywracania minionego złotego wieku, rozkoszuje się mgiełką przeszłości, słodko-gorzkim odczuciem braku. Nostalgia rekonstrukcyjna natomiast nawołuje do cofnięcia czasu, przywołania dawnych porządków. Stawia na widowiskowość, folklor, romantyzm. Karmi się opowieściami o dawnej chwale, ale rozgrzebuje też rany czy zniewagi. Zakłada wiarę w możliwość przywrócenie okaleczonej rzeczywistości. Nostalgia refleksyjna to wiedza, że utrata jest nieodwracalna. 

***

Wirus retromanii na dobre opanował kinematografię XXI wieku. Wraz z remakeami, rebootami, sequelami etc. doświadczamy opowieści, w których czas odgrywa nadrzędną rolę, staje się porządkującą strukturą dramaturgiczną, pretekstem do autotematycznej opowieści. Przeszłość rezonuje w teraźniejszości jak nigdy przedtem - w obliczu katastrofy klimatycznej, globalnych migracji, narastających nierówności społecznych czy populistycznych rządów - kino spogląda wstecz. Stara się zrozumieć przyczyny, a może wyznać grzechy? 



Nie bez powodu kino zdominowane jest przez superbohaterskie opowieści, umożliwiające nam ucieczkę przed nieuchronnością czasu i zdarzeń. Pozwalające na eskapistyczne przeniesienie do innego, lepszego, stabilniejszego świata. Oferujące nam złudne poczucie kontroli oraz wpływu na rzeczywistość. Utożsamiamy się z dzielnymi bohaterami w trykotach, o mocach i sile sprawczej nieosiągalnej dla zwykłego śmiertelnika. Mimo to zagrożenie (szczególnie powracającym tematem w ostatnich latach jest globalne ocieplenie klimatu, obecne w filmach takich jak: "Aquaman", "Godzilla. Król potworów", "Mad Max: Na drodze gniewu") majaczy wciąż na horyzoncie, a niekiedy jedynym rozwiązaniem jest podróż w czasie lub ponowne przyjrzenie się katastrofie i próba wyciągnięcia wniosków na przyszłość. 

Bracia Russo w "Avengers: Końcu gry", jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów dekady, wieńczącym ponad dziesięć lat przygód bohaterów ze studia Marvela, opowiadają przede wszystkim o końcu dotychczasowego świata oraz żałobie spowodowanej utratą bliskich. W epickim, trzygodzinnym filmie sąsiadują ze sobą dwie opowieści. Pięć lat po zgładzeniu połowy populacji wszystkich planet przez Thanosa (Josh Brolin) - który w ten sposób postanowił wcielić w życie plan przywrócenia równowagi we wszechświecie -  Ziemia pogrążyła się w rozpaczy. Ze zwartej, skonsolidowanej grupy superbohaterów pozostały nieliczne jednostki. Zmęczeni, upokorzeni, pozbawieni wiary we własne możliwości analizują przyczyny porażki, wątpią w sens swojego powołania. Mimo światełka w tunelu jakim jest pojawienie się Kapitan Marvel (Brie Larson) - okazuje się, że powstałe zmiany (odwołujące się do obecnej sytuacji klimatycznej) są nieodwracalne. Przed reżyserami postawiono więc trudne zadanie domknięcia losów kilkunastu emblematycznych postaci oraz stworzenia satysfakcjonującej, autonomicznej filmowej opowieści. Chcąc zadowolić starych i nowych fanów postawili na osadzenie środkowej części akcji w przeszłości. Zaplanowany został powrót do dobrze znanych miejsc oraz historii, ukazanych na ekranie zaledwie kilka lat wcześniej. Świadomy ukłon w stronę fanów dojrzewających wspólnie z bohaterami, a zarazem próba przepisania historii - w obliczu jej końca - na nowo.

Kino zdominowane jest przez superbohaterskie opowieści, umożliwiające ucieczkę przed nieuchronnością czasu.
Wielka narracja dotycząca Zagłady, leżąca u podwalin superbohaterskich opowieści, rozwija się w filmie symultanicznie do osobistej narracji refleksyjnej: efektem ubocznym podróży w czasie jest konfrontacja obecnej z dawną wersją własnej tożsamości. Emblematyczny jest w tym przypadku casus Kapitana Ameryki/Stevea Rogersa (Chris Evans) oraz Iron mena/Tonyego Starka (Robert Downey Jr.), dwóch flagowych postaci z uniwersum Marvela. Jako jedyni trafiają do - niedostępnej dla widzów i nie ukazanej dotychczas na ekranie - przeszłości. Podczas misji spotykają na swojej drodze postaci, które zdefiniowały ich dotychczasowe życie. Steve Rogers przez szybę obserwuje Peggy Carter (Hayley Atwell) swoją jedyną, lecz utraconą miłość. Tony Stark spotyka po raz pierwszy w życiu swojego ojca Howarda Starka (John Slattery), który został zabity, gdy Tony był jeszcze dzieckiem. Dwa, równoległe zdarzenia podskórnie zmieniają dynamikę filmowej opowieści. Akcenty zostają przesunięte. Motorem napędowym rozwijającej się fabuły przestaje być podróż w czasie oraz nostalgiczne pożegnanie z postaciami. Przestrzeń filmu zawłaszcza osobista opowieść, w której każda indywidualna decyzja konstytuuje losy jednostki. W moim przekonaniu, to właśnie ta zwyczajna scena, wyjęta wprost z filmowych opowieści rodzinnych, stanowi klucz do interpretacji całego filmu. Poprzez zwrot do wewnątrz, spojrzenie w głąb siebie, na drugi plan schodzi opowieść o katastrofie, wielkim, globalnym końcu, z którym musimy się zmierzyć, by ocalić całą ludzkość. W zamian reżyserzy proponują nam inny rodzaj walki. Walkę z upływem czasu i dawno podjętymi decyzjami. Z konsekwencjami wyborów, na które nie mamy wpływu. Jedyną szansą na happy end jest afirmacja własnej biografii lub podjęcie próby przepisania jej na nowo. 

***

Filmowe narracje refleksyjno-nostalgiczne trafiły w tym roku na równie podatny grunt kina autorskiego. Aktualne trendy w kinie art-housowym uwidaczniają się szczególnie w corocznym konkursie głównym, rozgrywającym się w Cannes. W obliczu apogeum światowego kryzysu migracyjnego zeszłoroczne narracje koncentrowały się wokół tematów mniejszości ("Kafarnaum" reż. Nadine Labaki) oraz wykluczenia, m.in. ze względów ekonomicznych ("Ajka" reż. Sergiej Dworcewoj). W obliczu przerastającej, zarówno twórców jak i widzów, pędzącej rzeczywistości oraz niemożności jej uchwycenia, tegoroczny festiwal wykazał tendencję do filmowych opowieści-pamiętników. Wyróżniłbym dwa tytuły: "Ból i blask" (reż. Pedro Almodovar) oraz "Tommaso" (reż. Abel Ferrara). W obu przypadkach uznani reżyserzy, obaj w podobnym wieku (69 oraz 68 lat), stworzyli swoje najbardziej osobiste i zarazem artystycznie dojrzałe dzieła od lat. Punktem wyjścia dla otwarcie autobiograficznych historii jest proustowskie poszukiwanie straconego czasu. Nieodparty, wywołany nieznośnym bólem przymus refleksji; pragnienie cofnięcia się w czasie; chęć zrozumienia powodów dla których życie potoczyło się w taki, a nie inny sposób. Zarówno Almodovar jak i Ferrara głównymi bohaterami swoich filmów uczynili własne alter-ego: uznany przez krytykę reżyser, prywatnie przegrany, u kresu sił i wiary w to co robi. Przy czym pomimo odwołań, pojedynczych aluzji oraz cytatów z własnej twórczości, obaj twórcy unikają jak ognia artystycznej masturbacji. Bliżej jest im do wyznania win, poszukiwania w odmętach przeszłości momentów przełomowych oraz pęknięć. Autorefleksja przeradza się z czasem w samobiczowanie, które ma służyć lepszemu poznaniu własnego ja



Szczególnie symptomatyczny w tym kontekście jest przypadek Tommaso. Ferrara kręci film stylizowany na niskobudżetowy mumblecore, obsadzając w tytułowej roli swojego stałego współpracownika i ulubionego aktora, Willema Dafoe. Bohater próbuje odnaleźć nową drogę życia z dala od Nowego Jorku – miasta, które naznaczyło jego drogę do upadku. Szczęścia poszukuje w Rzymie, u boku młodszej żony oraz córki. Na przestrzeni filmu obserwujemy jego codzienne zmaganie się z samym sobą, problemy z dopasowaniem się do przypisywanych mu społecznych ról ojca, męża, kochanka, za którymi idzie gniew i frustracja. Reżyser co chwila każe swojemu bohaterowi mierzyć się z nawiedzającymi go duchami przeszłości: rozbitym związkiem, utratą córki oraz uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Czym silniej angażuje się w swoje nowe relacje, tym mocniej powraca rykoszetem to co wyparte i przemilczane. 
Strategia reżyserska Ferrary nie zakłada całościowego spojrzenia na dotychczasowe życie i karierę. Czas nie ma u niego porządkującego charakteru, wyjaśniającego czy otwierającego na nowego sensy. Zostajemy wrzuceni w świat przedstawiony w momencie przełomowym, choć nieefektownym. Obserwujemy go uważnie, choć z zewnątrz wydaje się nieznaczący i nieistotny. Nie obcujemy tutaj z wielką historią. Paradoksalnie właśnie dlatego jeszcze mocniej wybrzmiewa dramat Tommaso. Reżyserska próba zapanowania nad czasem minionym, w obliczu jego zwyczajności, zostaje ostatecznie skompromitowana i ośmieszona. W ostatniej scenie tytułowy bohater wisi na krzyżu, czemu przygląda się tłum gapiów z telefonami komórkowymi w rękach. Pozostaje nam wyznanie win i czysty ekshibicjonizm. Czas nie przyniesie spodziewanej ulgi, ani ukojenia.

Kino to czas - pojmowany i odczuwany nie tylko w wymiarze czysto fizycznym, warunkującym tempo i rytm ujęć, ale przede wszystkim w sensie metaforycznym. Jego naturalną cechą jest wybieganie w przód: kreowanie śmiałych wizji i światów, antycypowanie przyszłości i przestrzeganie przed nią. Zdaje się, że współczesna kinematografia priorytetowo traktuje przeszłość, nieustannie powraca do niej, nurza się w niej bez przerwy. Co rusz wyciąga ze swojej hollywoodzkiej szafy nowe-stare projekty, odkurza zapomniane scenariusze i dawnych bohaterów. W tej strategii nie ma nic złego, o ile zachowamy zdrowy dystans i odpowiednie proporcje. Być może tego właśnie teraz potrzebujemy?  Zrobić kilka kroków wstecz,  zanim wypłyniemy na nowe, nieznane wody?  Parafrazując Jamesa Bonda - "Skyfall" to przecież flagowy przykład wiecznego recyklingu ideibrniemy w przeszłość, ponieważ tylko tam mamy przewagę nad przyszłością. 
12