Historie zwierząt przygotowujących się do pośmiertnego konkursu piękności. "Czy można tchnąć życie w coś, co przeminęło?" – pyta Aistė Žegulytė w filmie, w którym główne role grają wypchane zwierzęta. Taksydermia przeżywa obecnie prawdziwy renesans. Litewska reżyserka szuka jego źródeł. Czy ta moda jest częścią szerszej fali: rewitalizacji zaniedbanych dzielnic, rekonstrukcji zrujnowanych fabryk i ratowania archaicznych rzemiosł? Czy wręcz przeciwnie – jest odbiciem postmodernistycznego świata, gdzie zatarciu uległa granica między rzeczywistością a imitacją? W sztuce taksydermii liczą się dwa kryteria: niewymuszona poza i żywe spojrzenie. W muzeach historii naturalnej i w łowieckich gabinetach wdzięczą się zastygłe jelenie, przyczajone aligatory i bażanty świdrujące widzów szklanymi oczami. Przegląda się w nich ludzka pycha. Uprzedmiotowienie zwierząt (żywych i martwych) jest tak bezwzględne, jak panowanie człowieka nad naturą.
Latach 30. XX wieku. Chantowie i Nieńcy, zamieszkujący rozległe tereny północnej Syberii, niezbyt entuzjastycznie przyjmują nową władzę, żyją bowiem zgodnie z tradycją i uznają jedynie własne bóstwa. Do Tundry została więc oddelegowana brygada radzieckich działaczy kultury pod przewodnictwem Poliny-Rewolucji, aby zastąpić wiarę w duchy nowym kultem socjalizmu. Zderzenie świata wierzeń Chantów i Nieńców z niezmąconą przez wiarę ideologią przybyszy doprowadziło do wydarzeń znanych jako wielka wojna samojedzka.