Marc Isaacs otwiera przed nami drzwi swojego domu i ujawnia sekrety filmowej kuchni. Filmuje kolumbijską sprzątaczkę, brytyjskich robotników naprawiających płot w ogródku, sąsiadkę z Pakistanu częstującą wszystkich pysznym obiadem i słowackiego bezdomnego, któremu pozwala czasem przespać się na kanapie. Reżyser umiejętnie zaciera granice dokumentu i fikcji, a widz zaczyna tracić pewność swojej odbiorczej perspektywy. Czy postaci, które oglądamy na ekranie odgrywają jakieś role? I jaka jest rola reżysera? Pełna inwencji filmowa gra Isaacsa jednocześnie wciąga, bawi i niepokoi.
Nawet w tak multietnicznym społeczeństwie jak brytyjskie, poziom tolerancji i zrozumienia dla innych kultur jest wciąż bardzo niski. Rasizm to nie tylko spektakularne wybuchy przemocy, ale – przede wszystkim – głęboko zakorzenione przesądy i stereotypy, które kierują zachowaniem zwykłych, "porządnych ludzi". Marc Isaacs w swoim humorystycznym filmie sprawdza, co sądzą o "obcych" przeciętni mieszkańcy niewielkiego podlondyńskiego miasteczka. Są wśród nich m.in. miejscowy działacz Brytyjskiej Partii Narodowej – zdeklarowany rasista, niewątpliwie kochający swojego czarnoskórego wnuka, wiekowy polski Żyd z Łodzi romansujący z dużo młodszą zamężna Nigeryjką, czy lokalny rzeźnik narzekający na zadziwiające kulinarne upodobania "tamtych". Dzięki temu, że reżyserowi udało się nawiązać naprawdę bliski kontakt z bohaterami, film ogląda się jak dobrą komedię ze społecznym zacięciem – choć momentami porusza się tu bardzo poważne kwestie.