I te samochody z komputera zrobione po najmniejszej linii oporu, i ten irytujący Przemek, i ta siłowa nostalgia za alternatywną, niezrujnowaną Warszawą. Całość ma ducha jakiejś nieznośnej dydaktyki na wesoło.
Pytanie, czy zastąpienie kampanii wrześniowej "incydentem wrześniowym" (wg słów wuja), utrzymałoby u władzy obóz sanacyjny. A taka Polska nie była szczytem szczęścia dla większości obywateli. Również przedstawiona w filmie koncepcja "ukarania" Niemiec odebraniem Ziem Zachodnich, w sytuacji braku wysiedlenia ich niemieckich mieszkańców, doprowadziłaby do państwa wielonarodowego. Polacy stanowiliby w nim mniej niż połowę ludności, co w sytuacji zachowania przedwojennych antagonizmów nie służyłoby stabilności politycznej.
Dalszą sprawą jest budzący wzruszenie u głównej bohaterki wygląd Warszawy, dla której czas się zatrzymał. Spora część zabudowy, faktycznie zniszczonej w wyniku wojny, nie dotrwałaby do naszych czasów. Raz z przyczyn technicznych, dwa z powodu rozwoju miasta i związanej z tym zmiany wartości gruntu w centrum. Groteskowa jest też scena kupowania na straganie książki za 100 przedwojennych złotych (wciąż ważnych jak stare amerykańskie dolary). "Z danych z Małego Rocznika Statystycznego 1939 wynika, iż przeciętne zarobki miesięczne w 1935 r. robotników objętych ubezpieczeniem emerytalnym w ZUS, wynosiły: dla mężczyzn 102,77 zł, a dla kobiet już tylko 53,32 zł". Reżyser raczej nie zastanowił się nad wydźwiękiem tej sceny, bo w tej "idealnej" Polsce szalała inflacja.