Zaskakujący rok, w przeciągu pół roku dostajemy dwa klasyki Cyberpunka;
Blade Runnera 2049 i Ghost in the Shell. Przyznam szczerze że tego drugiego wyczekiwałem bardzej; przed seansem wszystkie odcinki serialu obejrzane, całe anmie i mangę również przeczytałem jako że posiadam.
Po seansie płakałem, płakałem gorzko. Całość spłycona, każdy krok bohatera tłumaczony widzowi w detalach, film akcji jakich wiele w Hollywood z tą różnicą że było kilka robo-geishy i parę kabelków, wiecie że niby Cuberpunk. Zmagania bohaterki na poziomie człowiek-robot spłycone do sceny gdzie obmacuje usta jakiejś murzynki, Togusa wypowiada dwa zdania w filmie no i tak naprawdę to tyle. Przyznam że fajnie wybrnęli czemu Major nie jest azjatką, ale to nie wystarczy. Spodziewałem się silne zarysowanej bohaterki, jaką jest oryginalna Motoko a zamiast tego dostałem Scarlett która jest niczym dziecko we mgle. Pomimo mrugnięć w stronę fanów tu i ówdzie, za dużo hamburgera było w tym filmie by dać pozytywną ocenę.
Gdy usłyszałem że wychodzi Blade Runner pomyślałem "Cholera, nie mało wam szkody!? I z tego zrobicie papkę dla burgera byle by kasa była?". Patrzę a tu myk, Ryan Gosling główna rola - cholera, wcale nie lepiej niż Scarlett, no ale ok pójdę, zobaczę tę tragedię na własne oczy.
Sztuka kina współczesnego, arcydzieło. Każdy kadr w tym filmie wygląda tak pięknie, cały film syciłem oczy kolorami, symetrią, kostiumami, scenografią; czegoś takiego, nie było od czasów Władcy pierścieni, by wszystko tak pięknie ze sobą współgrało. Muzyka totalnie mnie przytłoczyła, rundki po gigantycznym mieście słysząc jazgot motorów niczym uliczne gangi Kanedy z Akiry. Shot na miasto, widzisz jak bardzo jest to przeludnione, szare bloki PRL kontrastują z jaskrawym ubraniem przechodniów niczym ludzi mieszkających na Shibuyi. Cóż za kolaż, cóż za klimat. Film wręcz płynie jak kino Noir. Tu nie ma Kuze który objawia się po 20 minutach filmu a następnego dnia już go ścigamy z interpolem, tu nasze dochodzenie trwa, miesza się z życiem bohatera, przeplata. Widz płynie i doświadcza aspektów tego świata. To nie jakiś denny film akcji, gdzie broń i trzęsąca się kamera to główny aktor, tutaj obraz gra główną rolę. Swoją drogą Gosling dał radę, miał zagrać przepełnionego smutkiem androida który przez chwilę myśli że jest wyjątkowy - udało mu się to.
Bałem się że będzie jak będzie a wyszło nietuzinkowo, świeżo i ładnie. Ja tu widzę faworyta na Oscara, conajmniej za najlepszy film, zdjęcia, rola drugoplanowa(Luv), kostiumy, muzyka. Efekty może Planeta małp zgarnie albo Star Wars.
Obejrzałem raz dałem 9, obejrzałem drugi i musiałem dać 10. Teraz sobie plujcie ale jak dla mnie za 10 lat to będzie klasyka kina, wszyscy będą się podniecać a ocena urośnie do 9. Przypominam że pierwszy Blade Runner spłacił się dopiero w 2012. Tak czy siak pozostaje mi tylko podziękować Denisowi Villeneuve, że tym razem zaserwował coś ambitniejszego aniżeli gościa który cały film siedzi za osłoną i strzela do wykwalifikowanych w obsłudze broni szturmowców, po czym przy trzęsącej się kamerze biegnie i odstawia Rambo a na końcu całuje swoją bezbronną wybrankę.