Larry Bishop nie dość, że nie popisał się jako reżyser, to jeszcze wykreował sobą postać plastusiowego "presidenta" gangu motocyklowego, który co najmniej był żenujący. Film ogólnie bardzo średni, trochę pod Tarantino ale z dużym niesmakiem. Madsen, Jones, Hopper + ładne kobiety i motocykle, trochę ratują ten film.
Do tego, co strasznie mnie kuło w oczy to dwa motocykle enduro w 666ersach, śmiech na sali, "twardziele" w skórach i wytartych kamizelkach na jakichś dwóch starych endurakach, to jakieś nie porozumienie w dzisiejszych czasach.
Bardzo daleko mu do takich świetnych filmów o tematyce gangów motocyklowych jak Stone Cold (1991), czy Beyond The Law (1992).
5/10