Po raz pierwszy oglądałem film z Bollywood i nigdy więcej nie powtórzę tego błędu. To był
bezapelacyjnie najgorszy film, jaki kiedykolwiek widziałem. Poziom absurdu, chaosu i
niejasności wprasował mnie w ziemię.
Nie rozumiem, w jakim języku mówili bohaterowie - jednocześnie po angielsku i w hindi? Ponoć
tam te dwa języki są w użyciu. Ale zamiennie, równocześnie, w jednej rozmowie?
Poziom żartów i humoru przyprawia o łzy rozpaczy. Sposób opowiadania akcji jest tak
pogmatwany i bezsensowny, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, o cholerę tutaj chodzi... No i to
ciągłe "slowmotion". Nie wspominając już o eksponowaniu Salmana Kahna - koleś wygląda i gra
w tym filmie tak, jakby prężył się i wdzięczył oraz wyżałośniał przed widzami, przekonany o
swojej cudowności. W sumie w Indiach podobno za cudownego właśnie jest uważany. Twórcy
filmu tak bardzo chcieli go wyeksponować, że to właściwie był cyrk (w żadnym razie nie teatr)
jednego aktora. Gdyby usunąć nic niewnoszące, żałosne sceny eksponujące Kahna jako
bóstwo, film mógłby być krótszy co najmniej o godzinę a jednocześnie zachowałby swój i tak
wątły sens.
Do tego dochodzą tańce i piosenki wplatane w różne sceny nie wiadomo na cholerę (no okej, to
podobno ich zwyczaj, taki styl robienia filmów). Musical, parodia, dramat, film akcji? Sam nie
wiem. Chwilami nie wiedziałem, czy oglądam teledysk czy film.
Himanshu przybywa do Warszawy latem (sądząc po drzewach, pogodzie, ubiorze ludzi na
warszawskiej starówce) po czym wieczorem idzie z główną bohaterką Nowym Światem a w tle
widać... dekoracje świąteczne? Następnie znowu widzimy sceny rozgrywające się latem. CO
JEST GRANE?! Możliwe, że coś przegapiłem albo czegoś nie zrozumiałem?
Kahn w Warszawie podchodzi na ulicy do swojej (byłej) ukochanej i wygląda całkiem zdrowo, po
czym ta idzie do lekarza, pyta o niego, lekarz bez oporów pokazuje jej zdjęcia rentgenowskie
pacjenta (mimo że nie są rodziną, ona po prostu przyszła z ulicy i zapytała - chyba że coś
przeoczyłem) a następnie widzimy Kahna leżącego w łóżku w szpitalu, zupełnie jakby po
normalnej przechadzce po mieście wrócił do szpitala ciężko chorować... Owszem, to było celowe
ze strony Devila ale ta kobieta musiałaby nie mieć mózgu, żeby nie zauważyć w tym niczego
dziwnego.
Najbardziej jednak zniszczyła mnie akcja w szpitalu: defibrylator nie pomógł, na ekranie
monitora ledwo pojawia się linia ciągła na co wszyscy lekarze, zamiast reanimować, natychmiast
rozkładają ręce: pacjent umarł, koniec. Jeśli tak wygląda służba zdrowia w Indiach to nie
życzyłbym nikomu trafić do tamtejszego szpitala. Tekst, że koleś jednak nie umarł, tylko oszukał
maszyny wstrzymując oddech na piętnaście minut rozbił mnie od środka na miliard kawałków.
Inna sprawa: Devil musiałby być kretynem, żeby rozmawiać z policjantem przez telefon tak
długo, by ten zdążył namierzyć go i dotrzeć pod budkę telefoniczną, nawet nie musząc się
rozłączać. Polska policja natomiast musiałaby być niepoczytalna, żeby odłożyć na chodnik
pistolety, gdy poszukiwany przestępca wziął do ręki broń i przyłożył ją sobie do skroni. ABSURD
STULECIA.
Pościg ulicami Warszawy to kulminacja absurdu i chaosu. Warszawa gra Warszawę a tu nagle,
zupełnie z dupy, mamy czerwony, piętrowy autobus z numerem linii i kierunkiem KING'S
CROSS... Wtf? W Warszawie Devila ścigają londyńskie radiowozy i motocykle na zmianę z
polskimi oraz funkcjonariusze w brytyjskich mundurach, na poboczach stoją samochody z
brytyjskimi tablicami... Teleportacja jakaś czy co? Co tutaj jest grane? Nie wspominając już o
teleportacji policji i całego pościgu - raz są w centrum miasta, po chwili na obrzeżach, następnie
znowu w centrum. Himanshu spada z pędzącego autobusu, leży na drodze a chwilę później
wyprzedza czerwony autobus, który dawno mu uciekł i w nienagannym garniturze, cały i zdrowy
na moście staje przed autobusem, który chyba z godzinę musiałby stać na stacji benzynowej,
żeby pozwolić mu się dogonić i wyprzedzić.
Jedyne, co mogę pochwalić to uroda głównej bohaterki oraz korzystny obraz Polski choć i tutaj
nie brakuje absurdów, szczęśliwie na wizerunkową korzyść naszego kraju:
- pociąg warszawskiego SKM pokazany jak jakiś TGV, z kosmicznie biznesowym wnętrzem.
- z lotniska na początku jechali Newagiem a na dworzec dojechali Elf'em PESY...
Rany, faktycznie miałeś pecha, jeżeli to Twój pierwszy raz w klimacie bolly. Filmy indyjskie to bardzo specyficzne kino. Albo się je kocha albo nienawidzi. Ja - bardzo je lubię, bo jest tam parę rzeczy, które mnie kręcą: piękne stroje, scenografia, fajna muzyczka i tańce, przyjemne fizjonomie głównych bohaterów, mnóstwo kolorów i zabawy, m .in. z takich absurdalnych sytuacji, jak opisałeś. W filmach indyjskich mieszają różne gatunki filmowe, choćby się najbardziej ze sobą gryzły i nic nie poradzisz. Takie po prostu w tym kraju lubią. Ale Twój pech był tym większy, że nawet miłośnikom Bollywood, filmy z Salmanem mogą nie odpowiadać. Spiętrzenie absurdalnych sytuacji jest w nich bowiem większe niż gdzie indziej. Wiedziałbyś o tym gdybyś luknął na taki film jak "Don" z SRK lub "Doom" z Johnem Abrahamem. Zresztą polecam Ci do obejrzenia, byś nie myślał, że wszystkie bolly są takie jak "Kick"...
Ja filmy indyjskie lubię, ale ten był wyjątkowo niestrawny i zgadzam się co z tym co napisałeś. Polecam obejrzeć coś dla równowagi, w innym klimacie (bez Salmana! - osobiście nie przypominam sobie żadnego dobrego filmu z nim), z lepszymi recenzjami - może kiedyś zmienisz zdanie.
co do filmu to się zgodzę, bzdura totalna
na plus powiem ze szkoda ze nasi tak nie kręcą filmów, chodzi mi o techniczne sprawy, jak oświetlenie, dzwięk, prowadzenie kamery czasem gra aktorska (czasem!) bardziej mnie przekonywała od naszych aktorów.
techniczne sprawy w tym filmie to geniusz, co do ogółu mi sie podobał taki koncept kilku gatunków,
troche mnie gryzło to że polska a a nic tam polskiego oprócz tepych policjantów(co jest prawdą) i pałacu kultury, no i ten jezyk raz taki raz taki, te dwa aspekty - a tak by może nawet 9/10 było
Oj tak, "absurd goni absurd" to powinien być opis tego filmu. Widziałam kilka filmów z Bollywood i niektóre naprawdę mi się podobały, kilka było wręcz rewelacyjnych (jak się potrafi wysiedzieć na tych przydługich kawałkach muzycznych), ale to była MASAKRA! Ale czego się spodziewać, Indie to kraj, który w roku produkuje najwięcej filmów na świecie, 99% to badziewia więc trudno trafić na jakiś fajny. Przez takie filmy, które puszcza np. TVP tylko dlatego, że był częściowo kręcony w Polsce ludzie zupełnie zrażą się do tego klimatu, a szkoda. Pozdrawiam :)
Niesłusznie potępiasz w czambuł wszystkie produkcje Bollywood na podstawie jednego niezbyt udanego filmu. To tak jakbyś obejrzał Wiedźmina i stwierdził, że darujesz sobie fantastykę... Jest wiele świetnych filmów indyjskich, jak choćby "Monsunowe wesele"...
Pościg wyszedł absurdalnie, bo pierwotnie miał odbyć się na ulicach Londynu. Twórcy filmu nakręcili większość materiału w Glasgow udającym brytyjską stolicę. Pech jednak chciał, że odtwórca głównej roli nie otrzymał wizy wjazdowej na wyspy (podobno miało to związek z jego problemami z prawem) i nie można było dokończyć zdjęć. Naprędce wybrali zamiennik w postaci Warszawy, pewnie dlatego, że nasza stolica była tania i lokalne władze nie robiły problemu z zezwoleniami. Z tego powodu autobus londyńskiej linii do King's Cross, który jakimś cudem dojechał do Warszawy, ścigany jest przez połączone środki brytyjskiej i polskiej policji. :P