Mam wrażenie, że umyślnie nie domykając szeregu wątków, film przy finale nie przynosi satysfakcji odpowiedniego kalibru.. Można sobie dopowiedzieć do wyboru, do koloru, ale liczyłem na jakąś drobną woltę, albo ostatecznego gwoździa do trumny.
Inna sprawa, że życie raczej pokazałoby inny scenariusz. Locke pojechałby na porodówkę dzień później. Tyle. Dzień spędziłby przy betonie i przy komórce, komunikując się z rodzącą. A tak, mam wrażenie, że oglądałem jakiegoś totalnego wariata, który chyba umyślnie spartolił sobie życie.. Ktoś kto ma rodzinę i ogromne zobowiązania (warte miliony baksów), nie dałby rady tak postąpić, no chyba, że jest zbzikowanym szaleńcem. Trochę to, wg. mnie wpływa na wiarygodność scenariusza.
W pełni się zgadzam.Dodam tylko mały okruszek nielogiczności: w rozmowie z żona mówi że ojciec nie dał mu nawet nazwiska a kilka scen dalej rozmawia z "ojcem" i mówi że naprawił nazwisko Locke bo wcześniej nosili je ludzie słabi i nieodpowiedzialni.
z tym wybieleniem nazwiska Locke, to też dość kontrowersyjne. Jeżeli jest to synonim rozbicia sobie wszystkiego i konsekwentnego podążania we mgłę, to w porządku. :P
Film po prostu pokazuje jak ważne są relacje z rodzicami i jak dzieciństwo wpływa na całe nasze życie. Poczucie krzywdy tak głęboko siedziało w tym dorosłym facecie, że skłoniło tego pedantycznego inżyniera do nieracjonalnego zachowania.
też się zdziwiłem, że facet rzuca wszystko i jedzie na narodziny swojego bękarta. Jednak wątek z nienawiścią do ojca, jak dla mnie, wszystko wyjaśnił. Locke wiedział jak to jest dorastać, nie wiedząc kim jest jego ojciec, miał manię, by nie stać się takim człowiekiem jak on.