Wiesz, że masz charyzmatycznego aktora w roli głównej, gdy wrzucasz go na 85 minut do
samochodu, zostawiasz z włączonym systemem głośnomówiącym oraz folderem z dokumentami i
nie obawiasz się, że zanudzisz widza na śmierć. Reżyser, Steven Knight, ma jaja wielkie jak bicepsy
Toma Hardy'ego. Ciekawy, ale przy tym śmiały, pomysł zrobienia w formie filmu swoistego
słuchowiska radiowego, egzekwuje z żelazną konksekwencją. Hollywood już tego próbowało ("127
godzin", "Pogrzebany") ale w porównaniu do wyżej wymienionych, film brytyjskiego reżysera jest
niemalże ascetyczny. Forma stonowana - autostrada do Londynu nocą ma wizualnie do
zaoferowania niewiele ponad światła mijanych aut i zajazdów. Narracja - pozbawiona sensacyjnego
dramatyzmu, bohater nie walczy o życie, on żongluje rozsypującymi się elementami jego
codziennego bytu. Za pomocą serii telefonów próbuje podczas nocnej podróży poskładać do kupy
bajzel jaki spowodowała jedna życiowa pomyłka: doprowadzić do końca sprawy zawodowe,
skonfrontować się ze zdradzoną żoną, zaoferować wsparcie "przypadkowej" kochance rodzącej
właśnie jego dziecko, uspokoić zaniepokojonych synów i pokierować zestresowanego
współpracownika, którego zostawił na lodzie w przededniu ważnego wydarzenia. Całe szczęście, że
żonglerem jest Tom Hardy, aktor, który zazwyczaj fascynuje fizycznością swoich bohaterów, ale ma
w sobie dość ognia, żeby przykuć przed ekranem również kreacją opartą na głosie, z kwestiami
wypowiadanymi na granicy szeptu, ale zawsze dobitnie i zrozumiale. Oczywiście nie bez znaczenia
jest dobrze rozpisany scenariusz (odrobinę zbyteczne są jedynie sekwencje rozmów z
wyimaginowanym ojcem) i sprawna reżyseria. Knight zabiera nas na przejażdzkę samochodem,
jeżeli tylko nie przeszkadza nam słuchanie o życiowych problemach kierowcy, z pojazdu wyjdziemy
zadowoleni i wypoczęci.
Więcej recenzji i innych materiałów o kinie:
https://www.facebook.com/pages/Kinofilia/548513951865584