Powinno mi się to podobać, a nie podobało się (przynajmniej nie tak jak myślałem). W sumie:
Jest Alain Delon, którego nie trawię (uczciwie muszę jednak przyznać, iż w tej roli był nawet niezły) grający "samotnego wilka" niemiejącego dopasować się do współczesnego świata. Zawsze sam bez względu na potrzeby swoje i innych (w tym najbardziej przypominał "książkowego" samuraja)...
Jest intryga kryminalna, istny pojedynek na intelekt, spryt i nerwy pomiędzy policją – naszym samurajem – a zleceniodawcami zabójstwa. Do tej części filmu mam najwięcej "ale". Działania głównego bohatera nie zawsze, w moim odczuciu, oddają ducha japońskich wojowników. Gdyby zmienić tytuł na niepowiązany z samurajami w moich oczach film zyskałby wiele więcej na atrakcyjności...
Jest klimat filmów Nor, który jest mi osobiście obojętny...
I jest w końcu, najsilniejszy element obrazu czyli reżyseria Melville’a, która nie zawodzi – co mistrz to mistrz...
Zabrakło mi jednak takiego subiektywnego "pazura" oraz konsekwencji głównego bohatera w kroczeniu "drogą samuraja"...