Tamte filmy, tamta muzyka itd. Miało to wszystko świeżość, charakter, fabularnie trzymało się kupy, nawet oglądając takie fantastyczne historie nie miało się wrażenia, że to robienie z odbiorcy wała i tylko dla kasy.
Pewnie także dlatego, że wszystkiego nie zastępował komputer...
Otóż to, komputer zastępuje prawie wszystko, więc mamy coraz więcej tandetnych filmów o superbohaterach przesyconych CGI. Również tak jest z filmami akcji, sensacyjnym, gdzie mamy coraz to mniej realizmu, wychodzą z tego bajki dla naiwnych.
Niestety komputer (a ściślej - internet) ponosi również winę za to, że byle czego kręci się dzisiaj na kopy. Kiedyś miarą sukcesu były kina - pełne, lub świecące pustkami na danym filmie. Dopiero po jakimś czasie dana produkcja ukazywała się na VHS, a jeszcze później w tv.
Wówczas to były wydarzenia, natomiast dzisiaj, kiedy dostęp do nowości jest w internecie od razu, wszystko przelatuje przez świadomość ludzi w tempie sraczki. Szum jest tylko przez mgnienie - i już pojawia się następna "nowość", podobna do poprzedniej jak jeden kaczor do drugiego.
To nie sprzyja wysokim lotom.
Teraz życie nabrało tak niesamowitego pędu, że człowiek już nie ma szans na prawdziwe, pełne przeżycie czegokolwiek. Wszystko się już robi mechanicznie właśnie: gniot za gniotem, a nie arcydzieło za arcydziełem, jak miało to miejsce właśnie w XX wieku.
Dla mnie jest po prostu pierwszym co przychodzi mi do głowy gdy myślę "wspaniały film, przebój".
Ten film wydaje się być tak prosty w sobie, ale to właśnie ta prostota sprawa, że ten film jest magiczny.
Do tego kapitalna gra aktorów, muzyka, mroczny klimat... jednym słowem: ARCYDZIEŁO!
Tak naprawdę to niewiele lepszy slasher jak Koszmar z ulicy Wiązów. Dość prymitywna rozrywka w zimno-wojennym sosie. Wiadomo, niski budżet więc nie można było pohulać ale Carpenter czarował z niskim budżetem ciekawsze rzeczy od Terminatora.