Co by tutaj napisać o "Wendigo" (1978), aby się zbytnio nie wysilać? Widziałem ten przygodowy horror na polskim VHS-ie już w 2007 roku, dzisiaj ponowny seans. Grupa mieszczuchów udaje się w leśne ostępy, by zapolować na łosie. Mają im w tym pomóc dwaj przewodnicy: indiański Billy oraz mówiący z fatalnym francuskim akcentem Defago (Van Washburn Jr.) Biorący udział w wycieczce fotograf imieniem Eric chce jednak położyć swoje łapy na ukrytym gdzieś na indiańskim cmentarzysku skarbie, którego strzeże boski duch wiatru Wendigo. Nudny, przegadany i amatorski gniot, pełen dłużyzn i mimo 75 minut czasu trwania rozwleczony do granic możliwości. Jednak ciut znośniejszy niż "Savage Water" (1979) Paula Kenera, może dlatego, że nieco krótszy. Duch wiatru Wendigo pokazuje się może przez trzy sekundy m.in. w trakcie napisów końcowych. I to wszystko. Wendigo powoduje trochę eksplozji np. helikoptera, głowy kobiety oraz wysysa jedną z postaci filmu z łódki, po czym nieszczęsny osobnik eksploduje w powietrzu. Nie żartuję. Tak naprawdę dopiero ostatnie 10 minut czasu trwania "Wendigo" są w miarę interesujące i znośne. Zabawny jest także moment, gdy jedyna w obsadzie kobieta czyta książkę pod tytułem "Savage Water" (nudny jak flaki z olejem slasher Paula Kenera z 1979 roku). Fajny marketing, haha.