Jak większość z nas, ja także chciałbym by Oscara zdobyl Leo ,lecz prawda boli. Jak wiemy komisja uwielbia, gdy aktor poświęca się fizycznie roli. To główny powód przemawiający za Matthew. Kolejnym argumentem jest wizerunek obu filmowych postaci. Postać grana przez DiCaprio jest zimna, i o wiele mnie pozytywna od postaci zagranej przez McConaugheya.
A według mnie postać Matthew była bardziej wymagająca i to nie dlatego, że schudł, a wykreował ciekawszą postać i bardziej zapadajacą w pamięć. Leo był oczywiście dobry, ale to nic nowego. Śmieszne jest wybranie danego aktora, bo zagrał pozytywniejszą rolę, coś nie sądzę, żeby to miało znaczenie. Kibicuję Matthew.
Ja osobiście kibicuję oczywiście Leo , nie za jego długą karierę i wiele wspaniałych ról. Ja mu kibicuję bo w tym roku był najlepszy. Skradł całe show w tym filmie. Jego mimika twarzy była wręcz nieprawdopodobna. Uważam także, że ta rola pomimo wielu ,,fajerwerek,, jest jedną z jego najbardziej wymagających ról w karierze. A co do Matthew... Cenię sympatią tego aktora oraz także uważam , że zagrał rewelacyjnie. Ta rola wymagala od niego wielu poświęceń, co również trzeba docenić. Lecz ja jednak uważam, że postac Matthew nie skradła tego filmu w takiej mierze jak to zrobiła postać DiCaprio. Za 5 lat jak sobie przypomnisz oba te filmy to z ,, Witaj w klubie,, prędzej sobie przypomnisz Jareda Leto, który był rewelacyjny niż McCoungheya, który był również genialny aczkolwiek nie tak dobry jak Leo.
PS. To jest moja własna opinia, więc proszę jej sobie nie brać do serca.
W scenie, kiedy Belfort się naćpał z kolegą nieco przeterminowanym narkotykiem i wiemy co było dalej, uświadomiłam sobie jak dobrym DiCaprio jest aktorem i, że ma szansę na Oscara. To jeden z najlepszych momentów w filmie oraz jedyny, który mnie rozbawił :) W sumie, wszystko jest możliwe.