FilmTitle(title=Czarna kula, country=PL, lang=pl, attributes=0)
$poster.alt
FilmTitle(title=Kroniki oblężenia, country=PL, lang=pl, attributes=0)

NAJLEPSZE FILMY NOWYCH HORYZONTÓW 2026

Lista rankingowa

10 tytułów
Pierwsze 3 wybory - pewnie dość oczywiste, ale co do pozostałych festiwal chyba nie był taki zgodny.
Zwyczajnie: kino! „Czarna kula” ma w sobie wszystko, żeby spełniać jego najbardziej instynktowne definicje: epicką scenę otwarcia, której nie powstydziłby się Tom Cruise, narracyjne puzzle, których nie powstydziłby się Christopher Nolan, wielgachny soundtrack, którego nie powstydziłby się Hans Zimmer i jeszcze większy melodramat, którego nie powstydziłby się James Cameron. Mimo to zachowuje w sobie autorskość i osobność. Nie tylko ze względu na temat: istotą jest podejście twórców. Glenn Close pojawia się w pewnym momencie chyba głównie po to, żeby je dobitnie przedstawić i streścić. Mówi mniej więcej tak: „Nie interesuję się historią dla faktów, a dla osobowości ludzi, którzy kiedyś je tworzyli”. I taki jest cały film - zakochany w swoich bohaterach: charakterach, rozpisanych na dziesiątki rozmów, sytuacji i perspektyw.

Gradiva

2
Niby filmik o wycieczce szkolnej z naturszczykami w rolach głównych, a tak naprawdę wielkie kino, któremu udaje się osiągnąć rzeczy rzadkie i wyjątkowe: tworząc całą panoramę świetnie wyreżyserowanych sytuacji i postaci, „Gradiva” pozwala na koniec współczuć każdej z nich, spojrzeć na Neapol z okien odjeżdżającego autobusu i po prostu sobie popłakać.
Przez żałobę przeprowadza jak przykazał Kochanowski: od brutalności rzeczywistości po niedosłowność oniryzmu. Emocjonalna wędrówka ze stratą na plecach okazuje się jednak częściej ciszą niż wrzaskiem. Twórcy nie łakną przed kamerami widowiska rozpaczy à la „Hamnet” - ważniejszy jest dla nich każdy moment, gdy na łzy już nie ma siły, a potrzebę każdej z nich trzeba spróbować jakoś zastąpić, zrozumieć, przetrawić lub zabić. Wolne tempo filmu i niespieszne krążenie wokół ciągle obecnej na horyzoncie puenty nie są wcale tłumaczeniem metafor; to pochodne tematu, widokówki, dające duchowy wgląd w niekończącą się drogę do ukojenia. Nie widzą mi się też częste porównania do „Aftersun” - to całkiem różne historie, przeciwne sobie perspektywy; z zarzutów o "zrzynanie" (można takie znaleźć na filmwebie) chce mi się śmiać. Gdybym miał szukać dla „Everytime” artystycznego odpowiednika, powiedziałbym: „La Chimera”. Konceptualnie są bardzo podobne - filmową magię odnajdują w nietypowych miejscach.
Jeden z najciekawszych filmów o wojnie, jakie widziałem - palestyńska „Eroica”, można by rzec. Nie ma herosów w okopach, są ludzie w ekstremalnym stresie, jest naskórek konfliktu, pył i kurz, są problemy - im bardziej zwyczajne, tym bardziej żałosne i upokarzające. Romantyczne mity umierają przecież na froncie jako pierwsze - nigdy wcześniej nikt nie opowiedział mi tego tak przekonująco.
Biografia secesyjna, która woli zawijasy achronologii od linearnej faktografii, i która wie, że historyczne postaci na wielkim ekranie trzeba wymyślać na nowo. Lola jest więc wymyślona podwójnie i opowiedziana balowymi sukniami, w których chadzała, barokiem wnętrz, w których żyła i ilością kochanków, z którymi spała. Ona sama w tym wszystkim ledwo istnieje - tak przecież chciały czasy, w których przyszła na świat. I na tym polega największy artystyczny sukces filmu Ophulsa.
Mészáros weszła w kino europejskie trochę jak Dorothy Arzner w Hollywood: mądrze i feministycznie, zanim ktokolwiek chciał łączyć te słowa. „Dziewczyna” to bowiem debiut nieprzeciętnie udany; mimo niedługiego metrażu bardzo pojemny i pełny tematów, meandrujący, ale pozwalający historii płynąć. Poszukiwanie tożsamości genealogicznej, zakończone w zasadzie fiaskiem, staje się tu dla bohaterki szansą na odnalezienie tożsamości kobiecej - w świecie całkowicie temu nieprzychylnym. Świat ten Mészáros portretuje po autorsku - okiem reżyserKI; w latach sześćdziesiątych to duża oryginalność. Ironia w kreowaniu mężczyzn nigdy nie ociera się o stereotyp, przeciwnie - to celne riposty, żarty i najzwyczajniej - fakty, które pozwoliły zaprezentować nieobecną wówczas, a jakże naglącą i potrzebną perspektywę. Perspektywę czego? Chyba pewnej obawy i ciągłego lęku przed życiem na męskich, a nie na swoich własnych zasadach.
...
Szpital jako zbiorowe doświadczenie problemów cielesności i wędrówka po nim jako nieustanna lekcja współodczuwania. Bywa ona znacznie bardziej niekomfortowa niż rzeczywista wizyta u dentysty, ale to dobrze - rzadko można spojrzeć w oczy medycynie z tak bliska. Simon jednak imponuje nie tylko odwagą pokazywania, jej kamera ma też terapeutyczną moc: wystarczy, że pozwala wybrzmieć ludzkim historiom zamkniętym w nazwach przypadłości. Szpital staje się więc - bardziej niż instytucją - przestrzenią rozmowy - nie tylko fachowej na linii pacjent-doktor, ale także emocjonalnej między człowiekiem a człowiekiem. I ta druga właśnie okazuje się pierwszym, kluczowym krokiem leczenia.
Bez dwóch zdań najważniejszy sequel 2026 roku. Co mnie obchodzą Spider-Man, Avangersi i Diuna, jeśli do Cannes i na Nowe Horyzonty przyjeżdża Lisandro Alonso z kolejnym epizodem z życia drwala Misaela.

Argentyński mistrz zaczekał z tym 25 lat: przez pierwszych 25 minut z okładem pokazuje więc powoli i dokładnie, że zmieniło się niewiele - on sam jako twórca także trzyma się wypracowanego stylu. Podobnie jak w „La Libertad” obserwuje codzienną rutynę Misaela - siekiera, piła mechaniczna, łopata, a później sjesta: posiłek ze świeżo upolowanego zwierzaka, szybki "prysznic", odpoczynek w cieniu namiotu. Powtórzenie tych scen odebrało wymienionym czynnościom pierwotną rytualność. Z upływem czasu Misaelowi przybyło jedynie kilogramów i zmarszczek; a do jego pustelni zaczął dostawać się pozostawiony dawno świat zewnętrzny, problemy. Może to przed nimi niegdyś uciekł. Może to system skazał go na wygnanie. Podejrzenia cisną się na usta same.
...
Człowiek, który został maskotką amerykańskiej popkultury (przeznaczenie chciało, że ma to zapisane nawet w nazwisku) robi sobie z niej bekę tak, że aż go cenzurują. Wersja kinowa to pewnie dowcipny filmik; wersja reżyserska wydobywa z tych dowcipów mrok i - jak leci - nazywa wszystkie toksyny, którymi z biegiem czasu zaraża się kapitalistyczne społeczeństwo.

Choć przy całym naśmiewaniu się z Ju-Es-Ej, „Krwiożercza roślina” ma też w sobie dużo z hołdu dla tego, co w Hollywood najlepsze: musicalu. Świetnie napisane i zaśpiewane piosenki, które niby z przymrużeniem oka, ale czasem jednak na serio, trafiają w sedno egzystencjalnych smutków, wizualna wystawność, przepych, magia studyjnych scenografii - a to wszystko jedynie oprawa, futerał dla jakiegoś komentarza i refleksji. Za takim kinem tęskni się dzisiaj chyba najbardziej.
10
Kolejne argentyńskie odkrycie, świetny eksperyment gatunkowy - nie mam pojęcia czemu tak niedoceniony. Post-apo pożenione ze slow cinema według mnie działa super - katastrofa wyłania z siebie szczerą (i pewnie najmniej filmową) wersję: ciągnące się, nudne trwanie w obliczu śmiertelnych zagrożeń. Uwielbiam za ten pomysł i uwielbiam za atmosferę - oblepiający ukrop, gnijące baseny, palone prawie że z filtrem niedopałki, znikające samoloty, zepsuta od słońca cola - jeden wielki udar w dźwiękach niepokojącej, elektronicznej muzyki.