Człowiek, który został maskotką amerykańskiej popkultury (przeznaczenie chciało, że ma to zapisane nawet w nazwisku) robi sobie z niej bekę tak, że aż go cenzurują. Wersja kinowa to pewnie dowcipny filmik; wersja reżyserska wydobywa z tych dowcipów mrok i - jak leci - nazywa wszystkie toksyny, którymi z biegiem czasu zaraża się kapitalistyczne społeczeństwo.
Choć przy całym naśmiewaniu się z Ju-Es-Ej, „Krwiożercza roślina” ma też w sobie dużo z hołdu dla tego, co w Hollywood najlepsze: musicalu. Świetnie napisane i zaśpiewane piosenki, które niby z przymrużeniem oka, ale czasem jednak na serio, trafiają w sedno egzystencjalnych smutków, wizualna wystawność, przepych, magia studyjnych scenografii - a to wszystko jedynie oprawa, futerał dla jakiegoś komentarza i refleksji. Za takim kinem tęskni się dzisiaj chyba najbardziej.