Recenzja filmu Blanka (2015)
Kohki Hasei

Małe niebo

Mimo problemów z tempem, nieuzasadnionych powtórzeń, kanciastych dialogów odbierających wiarygodność nawet najbardziej dramatycznym momentom, a także serii emocjonalnych szantaży da się dostrzec ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Blanka (2015)
"Widziałam, jak dorośli kupowali sobie dzieci. Dlaczego ja nie mogę kupić sobie dorosłego?" – wykrzykuje małoletnia bohaterka filmu Kohkiego Haseiego. Dziewczynka ma prawdopodobnie mniej niż 10 lat i żyje na ulicy w Manili. Choć nie wiemy, od jak dawna, pewne jest, że wystarczająco długo, by zdążyła się nauczyć twardych reguł okrutnego świata, w którym nikt nie pochyla się nad maluchami śpiącymi na gołych krawężnikach – ani lokalni spacerujący ze swoimi dziećmi, ani bogaci turyści z Zachodu. Blanka nie pogrąża się jednak w żalu i obiera konkretny cel – pieniądze z kradzieży, do których zmuszają ją okoliczności, odkłada na kupienie sobie nowej matki; ta prawdziwa ciągle piła, aż w końcu odeszła z jakimś mężczyzną. Nie zdradzę zbyt dużo, pisząc, że w takiej rzeczywistości marzenia rzadko się spełniają, a droga do celu przepełniona jest goryczą i rozczarowaniami.  


Trzeba nie mieć serca, by seria niesprawiedliwości i okrucieństw, jakie spotykają małą bohaterkę (i inne bezbronne dzieciaki), nie poruszyła widza. Z tego powodu "Blanka" jest tym rodzajem filmu, który stawia widza w trudnej sytuacji – ważki temat wydaje się w nim istotniejszy niż sposób jego przedstawienia. Fabuła nie oferuje bowiem zbyt wiele atrakcji – sporo tu też uproszczeń i skrótów. Blanka na zmianę kradnie i jest okradana. Szuka szczęścia i jednocześnie się od niego oddala. Tempo na chwilę przyspiesza i znów spowalnia. Kiedy w końcu wydarza się coś, co przykuwa uwagę, są to sceny jak z koszmarnego snu – a to w wyniku intrygi Blanka traci wszystkie oszczędności, a to ktoś probuje ją porwać i sprzedać do domu publicznego, a to oddelegować do sierocińca. I czy się tego chce czy nie – serce za każdym razem pęka na dwoje. 


Trzeba jednak przyznać, że mimo problemów z tempem, nieuzasadnionych powtórzeń, kanciastych dialogów odbierających wiarygodność nawet najbardziej dramatycznym momentom, a także serii emocjonalnych szantaży da się dostrzec w "Blance" ratujące film ciepło i urok. Tytułowa bohaterka w swoim zdeterminowaniu łączy w pewnym momencie siły z niewidomym ulicznym grajkiem – człowiekiem prostodusznym i nieskończenie dobrym (grający tę postać Peter Millari jest tak ujmujący, że bez trudu wybacza mu się jego jednowymiarowość). Oboje działają w pełnej symbiozie i dla obojga ten związek staje się z czasem namiastką prawdziwej rodzinnej relacji.

Hasei nie pozostawia więc widza z całkowicie rozdartym sercem – raz za razem osładza tę opowieść magicznymi momentami czułości i bliskości. I to najmocniejsza strona "Blanki" – włącznie z nieco zbyt naiwnym przesłaniem, że swoje małe niebo można stworzyć nawet w piekle. Nie da się jednak zapomnieć, że pozostali dziecięcy bohaterowie filmu nie mają tyle samo szczęścia. A w głowie jak refren powraca zadane przez jedno z nich pytanie: Dlaczego jedni są bogaci, a inni nie? Widać happy end nie wszystkim jest pisany. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 0% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni