Chyba nigdy żadna bajka nie wprawiła mnie w tak mieszane odczucia... Najpierw plusy: na pewno świetnie wykreowane postacie, bajka "ładna" estetycznie, bardzo dobre piosenki (moja ulubiona "Ta melodia gra we mnie", lecz polecam również posłuchać angielskiej wersji "Once Upon the December" w wykonaniu Liz Callaway). Mam problemy z dziurami w fabule, ale to jest bajka, więc jeszcze można przymknąć na tą przypadkowość oko. Niemniej jednak... Gdy bajka się rozpoczyna słyszymy kwestię babci Anastazji "Nie spotkałam jej już nigdy", dorosły widz może się zatem domyślić, co to oznacza. Natomiast trochę mnie kłuje przesłanie jakie niesie to dla dziecka, które to ogląda, a jeszcze wszystkiego nie rozumie. Anastazja bez specjalnego powodu porzuca babcię (co się z tym wiąże całkiem godne życie) i wraca z ukochanym do Petersburga. Fabuła zrobiona jest tak, że nawet dziecko nie znające historii domyśli się, że Paryż jawi się jako miejsce, w którym panuje względny dobrobyt, natomiast w Rosji nie jest kolorowo (insynuują to nawet bohaterowie), więc w Paryżu Anastazja jako księżniczka żyłaby całkiem ok i Dymitr z klasy robotniczej miałby całkiem nieźle. Królowa Matka przecież nie powiedziała, że Anastazja nie może wyjść za zwykłego robotnika, ani nikt nie czynił jej przeszkód, żeby z Dymitrem w Paryżu została, a ona jednak poświęca wszystko dla ukochanego bez żadnego racjonalnego powodu. Więc co ma dziecko z tego zrozumieć? I zanim ktoś napisze, że ma zrozumieć, że dla ukochanej osoby trzeba się poświęcać, to trzeba zauważyć, że to nie była sytuacja gdzie TRZEBA było poświęcić wszystko, można było być win-win. Wydaje mi się, że ta końcówka powinna być jednak trochę lepiej dopracowana, no chyba, że reżyser chciał zasiać lekkie "wtf" w głowach najmłodszych.