Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
Po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
~~~~~~~Zbigniew Herbert, „Przesłanie Pana Cogito”
*
Dzieła szwedzkiego poety, prozaika i dramaturga, Harry'ego Martinsona (1904 – 1978), poza nielicznymi wyjątkami (jedna powieść: „Droga do Klockrike”, kilka opowiadań oraz skromy wybór wierszy), nie doczekały się prezentacji w naszym kraju. Sytuacja dość niekomfortowa, skoro „naznaczyły kanon XX-wiecznej literatury” (Monika Banaś). Imponujący jest także ich zakres tematyczny – „ujmują kroplę rosy i odbijają kosmos”, jak brzmi uzasadnienie literackiej Nagrody Nobla, którą został uhonorowany w 1974 roku.
Najpopularniejsze z nich to opublikowana w 1956, nadal wznawiana i komentowana „Aniara. Widowisko o człowieku w czasie i przestrzeni” („Aniara. En revy om människan i tid och rum”), złożona ze 103 wierszowanych pieśni. Stanisław Lem nie poczynił żadnej wzmianki o tej pozycji w „Fantastyce i futurologii”, chociaż mamy do czynienia z ewenementem w dziejach literatury – eposem fantastycznonaukowym (czy „kosmicznym”, według Janusza B. Roszkowskiego), który przedstawia ostateczną odyseję ludzkości: donikąd, „w czarną bezdeń”, „bez celu i śladu”. Leonard Neuger pisze: „Podstawową wielką figurą poetycką Martinsona jest wędrówka, włóczęga bezdomnego i samotnego człowieka, Nomady Świata”. Motyw wyprawy „do ciemnego kresu” występuje w jego twórczości ustawicznie, zwłaszcza w marynistycznej prozie, gdzie uwzględnił własne eskapady po Afryce, Indiach, Ameryce Południowej oraz oczywiście wszystkich morzach i oceanach, które tam prowadzą. Jednak dopiero w „Aniarze” skumulował po jednej stronie totalne poczucie beznadziei, jakie nie odstępowało go przez całe życie (wśród pisarzy wyróżnia się nad wyraz tragiczną biografią), a po drugiej nieustępliwe, mimo niedoli i nieszczęść, przeświadczenie o możliwości zbawienia, w tym przypadku utożsamianego z nirwaną.
Fabułę owego poematu epickiego Marzena Wasilewska-Chmura relacjonuje następująco: „po katastrofie nuklearnej na Ziemi (Doris) 8000 uratowanych ludzi wyrusza na pokładzie statku kosmicznego »Aniara« w stronę Marsa; w trakcie manewru wymijania asteroidy statek wypada z kursu i leci w nieznane, w stronę odległej konstelacji Lira; pasażerowie szukają pociechy i nadziei: niektórzy tworzą sekty religijne, inni wybierają erotyczny eskapizm, jednak większość gromadzi się wokół technicznie zaawansowanego urządzenie miman, pokazującego na ekranie obrazy z różnych czasów i miejsc w kosmosie; komentuje je operator urządzenia mimaroben, będący narratorem opowieści; miman ma własną świadomość i uczucia, toteż kiedy pokazuje zagładę Ziemi, nie mogąc znieść tego widoku, »samobójczo« odłącza swoje zasilanie i imploduje; ludzie żyją dalej, powracając do wspomnień z Ziemi i karmiąc nadzieję ideologiami domorosłych proroków; po latach wszyscy umierają, a statek kontynuuje lot bez celu [...]”.
Streszczenie może nienadzwyczajne, ale kompletne. Na temat Mimy (miman) dopowiem, za redakcją „Literatury na Świecie”, iż to „w połowie maszyna, w połowie kobiecy byt myślący”. Zważywszy, że epos stanowi kontynuację „Pieśni o Doris i Mimie” pomieszczonych w tomie pt. „Cykada” (1953), które zostały zresztą doń włączone, uprawnionym wydaje się stwierdzenie, iż Martinson uprzedził za sprawą tego konceptu wielu pisarzy science fiction (np. Anne McCaffrey czy George'a R. R. Martina). Jakkolwiek, co podkreśla Wasilewska-Chmura, „pierwszy wprowadził motywy s.f. do poezji oraz stworzył nowatorski system, łączący poetycki język obrazowania z neologizmami, które sugestywnie imitują żargon techniczny i slang przyszłości”, współcześnie, o ile w ogóle przemawia do odbiorcy, to dramatyzmem sytuacji, którą ukazuje oraz towarzyszących jej przeżyć bohaterów. Wprawdzie posiadam tylko fragmenty pieśni 13, 53 i 85 w tłumaczeniu Roszkowskiego, niemniej wystarczy przytoczyć kilka wersów, by to potwierdzić. Oto w szóstym roku dryfowania przez „galaktyczne morze” doszło do incydentu, w konsekwencji którego:
„trzech oszalało, jeden odebrał sobie życie,
a jeszcze inny związał się z jakąś sektą,
strasznie jałową i wyzutą z marzeń,
co długo zamęt wzniecała w Aniarze”.
Epos podobno rozsławiła opera Karla-Birgera Blomdahla, z librettem autorstwa Erika Lindgrena, wystawiona w sztokholmskiej Operze Królewskiej w 1959. Niestety, nie dysponuję encyklopedią Piotra Kamińskiego i nie sprawdzę, jakie jest jej znaczenie. Daruję sobie również inspirowane teoriami Pierre'a Bourdieu wywody o „dystynkcjach”, na mocy których dwuaktowy sceniczny dramat muzyczny zastąpił medium bardziej, wydawałoby się, tu adekwatne: kino. W każdym razie Martinson za nim nie przepadał, uznawał je za zagrożenie dla kultury. Na tym większy szacunek zasługują Pella Kagerman i Hugo Lilja, którzy zdecydowali się w 2018 dokonać ekranizacji. Zachwytu widzów nie wzbudziła: średnia na Filmwebie 5,9/1212, natomiast na IMDb 6,2/4821. Kilku moich znajomych uznało jednak tę produkcję za dobrą, co nie powinno dziwić. Jak odnotowała Hannah Arendt w „Kondycji ludzkiej”, science fiction zazwyczaj ukazuje „możliwość wiecznego trwania procesu życia gatunku ludzkiego”, a dla człowieka nowożytnego „samo życie”, „życie gatunku” to jedyny uchwytny przejaw nieśmiertelności. Tymczasem film przedkłada autopsję unicestwienia. To skrajnie pesymistyczna refleksyjna opowieść o definitywnym zatraceniu. Owszem, „motyw inwolucji zachodzącej w grupie kosmonautycznej na statku gwiazdowym był wielokrotnie podejmowany” (Lem). Lecz anglosaskim wariantom „uwstecznienia kulturowego” obce jest skandynawskie uwrażliwienie na „pustkę, poczucie winy i desperackie poszukiwania sensu” (Wasilewska-Chmura). Albowiem mamy do czynienia z widowiskiem, które zachowało wydźwięk literackiego pierwowzoru.
Ujmę to w następujący sposób: po raz pierwszy seans przerwałem po kwadransie, tak wiarygodnie i intensywnie ukazano tu zaszokowanie, a nawet histerię pasażerów, kiedy dowiadują się, że zboczyli z kursu. Najspokojniej zachowuje się Mimaroben (w tej roli Emilie Jonsson). „Po prostu nikt tam [czyli na Marsie – uzupełnienie moje, M. K.] na mnie nie czeka” – tłumaczy. Niezadługo, wpatrując się w kosmiczną otchłań, i ona wpada w panikę. Dopiero co od współtowarzyszki z kabiny, pokładowego astronoma, usłyszała, iż nie istnieje żadna szansa na to, by kiedykolwiek zawrócili. W tej tonacji zmierzamy do końca, który – co rzadkie nawet w katastroficznej SF – faktycznie oznacza KONIEC.
Oczywiście, tak Martinsonowi, jak i reżyserom można wypominać różne technologiczne niedorzeczności. Oto krótkotrwała (trzy tygodnie) przeprawa z Ziemi na Marsa odbywa się czymś w rodzaju transatlantyku. Czyli okrętem tak gigantycznym, że na jego pokładzie znajdują się nawet... pełnowymiarowe baseny. Takich „mankamentów” można by wskazać więcej, ale niczemu to nie służy. Przynajmniej w niczym nie usuwa podstawowego wymiaru dzieła, stanowiącego jakoby „parabolę sytuacji człowieka w odhumanizowanym świecie” (Wasilewska-Chmura). Parafrazując słowa taoisty Li Kana z wczorajszego postu: po cóż się mądrzyć, jeśli nie pozostał nikt?
Pierwodruk: https://www.facebook.com/zarowisko/