W jakiejś dziwnej flamandzkiej wiosce ludzie kultywują tradycję zbierania się raz w roku na wzgórzu i palenia kukieł, co ma przepędzić zimę i przysporzyć szczęścia mieszkańcom. Pewnego dnia kukły się nie zapalają, a wioskę dotyka fala nieszczęść budząc wręcz grozę i wystawiając na próbę dotychczasowe pobratymstwo miejscowych.
Urzekł mnie w zasadzie plakat filmu i jego opis - dlatego w ogóle go oglądałem, ale na pochwałę zasługują tylko ładne ujęcia, a i tak traktuję je jako bezsensowny zlepek fajnych obrazków, do którego fabułę widz ułożyć musi sobie sam; i ideologię, bo film jest przepełniony symboliką, której nikt nie zrozumie (mam wrażenie, że i sam reżyser). Fajnie, że film próbuje łamać schematy, ale to nie jest domena dobrego filmu.