Mam wielki problem z tym filmem. Od dnia premiery prześladuje mnie i nie daje spokoju, a
dziś widziałem go po raz drugi.
Już od premiery miałem z nim wielkie problemy. Jeszcze przed kasą biletową zastanawiałem
się czy to aby na pewno dobry wybór i czy jestem pewien, że chce to oglądać. Podobne
wątpliwości miałem dziś kupując bilet po raz drugi, przy czym przez fakt powtarzania tej
czynności, waga decyzji była dwa razy większa.
Wiem, ze ten film jest marny i raczej niepotrzebny, ale coś mnie ciągle do niego przyzywa.
Dostrzegłem już wszystkie jego grzechy i grzeszki, wszystkie problemy i wątpliwość co do
potrzeby jego istnienia, może więc po kolei:
1. Nie powinien istnieć. Nie znoszą dzisiejszej tendencji do remakowania filmów, które żyją
jeszcze w percepcji odbiorców. Niezależnie czy jest to remakowanie wsobne producentów z
USA, czy też amerykańskie interpretacje obcojęzycznych filmów, tego rodzaju filmy nie powinny
się wydarzyć. Nigdy nie będę w stanie wybaczyć Fincherowi, że zdecydował się zrealizować
Dziewczynę z Tatuażem, wciągając scenariusz nosem, odgrywając film scena po scenie.
2. Styl realizacji - oryginał miał w sobie coś niepokojącego, nie tylko niektóre sceny, ale też cały
wyraz pewnych postaci był niepokojący: szekspirowska gra matki Carrie, dziwaczna
momentami muzyka, scena finałowa... wszystko to wzbudzało wtedy i wzbudza nadal niepokój
w odbiorcy. (Tak zresztą też czyta się wiele książek Kinga) Remake nie ma w sobie niczego co
mogło by niepokoić, jest cukierkowy, zrealizowany jak serial dla nastolatków - prawdopodobnie
za sprawą jednego ze scenarzystów, który do tej pory miał o czynienia z tego rodzaju
lukrowanym obrazem swoich filmów i seriali.
3. CGM jako Carrie, niektórzy twierdzą, że rola została źle obsadzona. CGM ze względy na swój
wygląd ma nie pasować do "dziwnej" Carrie... fakt dziewczyna nie jest typowo "piękna" ale ma
w sobie coś, że na usta ciśnie się słowo urocza. Sissy też taka była, nie była pięknością, ale
coś w jej wyglądzie dawało jej ten urokliwy aspekt (chociażby scena przed lustrem w oryginale,
czy baśniowy bal). Problem leży w tym, że Sissy ten urok pokazała dopiero pod koniec filmu,
dopiero wtedy kiedy był on naprawdę potrzebny. CGM jest urocza przez cały czas.
4. Scena finałowa i szybko schnąca krew. Biorąc pod uwagę realizację filmu scena po scenie
zw odniesieniu do oryginału miałem wielką nadzieję na naprawdę dobrą realizację tego
dramatycznego momentu. Biorąc pod uwagę, że cały film buduje nastrój do właśnie tego
wydarzenia, powinno ono zostać przedstawione z odpowiednim dramatyzmem. Tu jednak
wszyscy poszli na skróty - 6 ujęć krwi wylewającej się z wiadra i jeszcze 4 pokazujące rozbryzg
posoki na Carrie i Chrisie, bez pomysłu, ujęcie, za ujęciem, powtórzenia, książkowy przykład
"dramatycznej sceny". No i jeszcze paskudne natychmiastowe "wysuszenie"... To dało się
zrobić wiele wiele lepiej.
5. Dziwne zachowanie Carrie w scenie maskary balowej. W oryginale Sissy stała po prostu w
miejscu, dostała zadanie wyglądać dziwnie i niepokojąco i wykonała je doskonale. Stała w
miejscu z szeroko otwartymi oczami jakby ktoś nagle wyłączył jej zdolność normalnego
funkcjonowania. Tu CGM, bardzo źle pokierowana... zaczyna wykonywać dziwne ruchy, które
mają nadać jej bardziej groteskowego wyrazu, wzmocnić katharsis którego miała doznawać
mszcząc się na tych którzy sprawili jej ból. To zabieg zrobiony chyba tylko po to by film był
bardziej "straszny", co jest kompletnie niepotrzebne. Przerażający jest nie fakt posiadania przez
Carrie zdolności i tego że potrafi je doskonale kontrolować, przerażające było wymknięcie się
ich spod kontroli w w wyniku wielkiej traumy i fakt, iż prócz "prześmiewców" Carrie ginęli
również Ci którzy dobrze jej życzyli. Dając jej pełną kontrolę i premedytację Carrie staje się nie
ofiarą a wredną morderczynią.
No ale dość już o tym co jest anty, wszyscy którzy widzieli ten film mniej więcej doskonale o tym
wiedzą i pewnie dawno już zakwalifikowali ten film jako bardzo, bardzo łatwy do zapomnienia.
Oczywiście film ma również swoje zalety:
1. Genialna Julian Moore, o wiele bardziej przerażająco odegrała matkę Carrie. Nadała jej
bardzo groteskowy i przerażający wyraz, o wiele lepszy przynajmniej w moim mniemaniu niż w
oryginale. W jej interpretacji nie przeszkadzają mi nawet "brudne poduchy", które prawie nie
wypadły żenująco. Tu znów jednak problem - ta kreacja nie pasuje do całości obrazu, za
każdym razem kiedy JM pojawia się na ekranie można odnieść wrażenie, że to jakiś inny film,
albo po prostu w ten słodziutki, miodowy obraz dostało się troszkę dziegciu.
2. Judy Greer - ktoś musi w końcu dać jej dobrą rolę. Po trafi zrobić coś z niczego i podnieść
jakość każdego filmu w którym występuje. To naprawdę dobra aktorka, która zupełnie nie ma
szczęścia do produkcji w których bierze udział.
Chyba z zalet to na tyle. Jak widać, nawet matematycznie, nie wchodząc już w wagę
poszczególnych argumentów... film jest słaby. Jest marny, niepotrzebny, źle zrealizowany i nie
zachował żadnych niepokojących czy groteskowych elementów z oryginału.
Tu też pojawia się mój problem...
Dlaczego do jasnej cholery, pomimo tego wszystkiego co napisałem powyżej.. nie mogę
przestać myśleć o Carrie w wykonaniu CGM?
Czy ktoś miał lub ma podobny problem?
Zauroczyłeś się i kropka ;)
Mnie najbardziej podobało się osnucie filmu na motywie biblijnego Samsona, zburzonej świątyni i niewiernych Izraelitów. Film dał mi do myślenia, a najbardziej postać matki Carrie. To już nie ta silna kobieta o żelaznej woli od de Palmy, tutaj mamy do czynienia z kobietą zagubioną, która nie radzi sobie z własną seksualnością, postrzegając ją jako grzech śmiertelny. Paradoksalnie, kochając córkę i chcąc ją chronić przed złem otaczającego świata, tak naprawdę wyrządza jej krzywdę. Żyjąc w społeczeństwie, nie można udawać, że ono nie istnieje. A ignorując zło, nie sprawimy, że w magiczny sposób zniknie.
Moj podstawowy kłopot z tym filmem jest taki, że nie wiem, po co został nakręcony. Aktorstwo tej dziewczyny jest dla mnie wkurzająco manieryczne, a osadzenie akcji w klimatach pośrednich między Beverly Hills 90210 a Clueless wyszło imo dziwnie.
Po wersji de Palmy, którą lata temu przypomniała telewizja, bałam się tak, że z koleżanką żeśmy się 2 godziny z psami odprowadzały, bo rodzice wyjechani i każda bała się do domu wrócić. Po remake'u strach zastąpiła irytacja.